Śmierć w dyskotece

Za czasów "Impulsu" to Wisznice były centrum weekendowej zabawy bialskopodlaskiej młodzieży. Na parkingu modnej w latach 90. dyskoteki stawało kilkaset samochodów z okolic i autokarów z sąsiednich województw. Bladym świtem sznur upojonych alkoholem młodych ludzi wracał do swoich domów, obwieszczając to głośno pogrążonym we śnie mieszkańcom okolic. Darek do swojego domu nie wrócił już nigdy.

xxxxx

W tym miejscu w latach 90. mieścił się klub "Impuls"


Autem z Łyniewa do "Impulsu" było kilka minut jazdy. Mimo sąsiedztwa modnej dyskoteki, Darek nie kwapił się do zabaw. Zaradny 25-latek prowadził duże gospodarstwo, obrabiał własne dwadzieścia hektarów, niemało też dzierżawił. Dopiero co na spółkę ze starszym bratem kupił kombajn i kopaczkę do ziemniaków. Matka nieco martwiła się o Darka, bo chociaż dobry chłopak i robotny, a do tego strażak w miejscowym OSP, to wciąż kawaler. Może w "Impulsie" by kogoś poznał.

Granatowy Polonez Atu błyszczał w letnim słońcu. Darek skrupulatnie wypucował nowy nabytek i trochę nawet kręcił nosem, kiedy koledzy wsiedli do środka, wnosząc piach na świeżo wyprane dywaniki. Gdy znajomi z sąsiedztwa usadowili się wygodnie w fotelach, Darek przekręcił kluczyk w stacyjce i ruszył w stronę "Impulsu". Był sobotni wieczór 3 sierpnia 1997 roku, gdy dotarł na swoją pierwszą oraz ostatnią w życiu dyskotekę.

. . .

Sąsiedztwo popularnego lokalu nie było chlubą dla mieszkańców Wisznic. Mówiono, że jakby zebrać całą pozostawioną w okolicznych zaroślach bieliznę, to można by sklep z używaną odzieżą otworzyć. Miejscowych męczyły noce pełne krzyków i przekleństw oraz cotygodniowe interwencje policji. W weekendowe wieczory, gdy na peryferie wsi zjeżdżali się imprezowicze, nikt rozsądny nie kręcił się po okolicy. Często zdarzały się też bijatyki i praktycznie co weekend po zabawie ktoś leżał ranny. Ale oprócz pijanej gówniarzerii bili też ochroniarze.

W pewną letnią noc z "Impulsu" wracały dwa małżeństwa. Pary szły spokojnie poboczem wesoło rozprawiając, gdy nagle obok zatrzymała się taksówka, z której wyskoczył obcy im człowiek głośno krzycząc: Jak wy k chodzicie, ja wam k pokażę! Mąż jednej z kobiet zauważywszy pistolet w dłoni agresora, rzucił się, by mu go odebrać. Podczas szarpaniny nadjechał policyjny radiowóz, który rozgoniwszy towarzystwo, pojechał dalej. Małżeństwa ruszyły w dalszą drogę, przyśpieszając już kroku. Po przejściu niecałego kilometra zostali ponownie zatrzymani przez taksówkę z widzianym przez nich wcześniej agresywnym mężczyzną, który tym razem czekał spokojnie w środku, gdy z auta wyskoczyło pięciu osiłków w charakterystycznych dla ochroniarzy "Impulsu" fosforyzujących kamizelkach z napisem "STRAŻ" na plecach. Kilku z nich zaczęło bić bezbronnych pieszych, nie oszczędzając nawet kobiet. Gdy ponownie nadjechał radiowóz, napastnicy wskoczyli do taksówki i uciekli. Do ofiar, w tym jednego pobitego do nieprzytomności, została wezwana karetka.

. . .

4 sierpnia 1997 roku o trzeciej nad ranem 18-letni Marek uznał, że dla niego to już koniec imprezy i czas wracać do domu. Do rodzinnej wsi pod Włodawą miał nieco ponad pół godziny drogi. Przeciskając się pomiędzy pijanym tłumem pod wielkim, murowanym hangarem wisznickiej dyskoteki, odnalazł w ciemnościach swojego fiata 125p. Ruszając z miejsca postoju, poczuł, że coś zaklinowało się pod podwoziem. Myśląc, że to kłoda lub krawężnik, dodał gazu i przez parę metrów usiłował zgubić zaczepiony przedmiot. Gdy samochód nie dawał rady jechać, zaczął cofać, aż w końcu wysiadł sprawdzić, co takiego przeszkadza mu w jeździe. Spod samochodu wyjął zakrwawionego człowieka. Gdy przyjechało pogotowie, Darek jeszcze żył.

Rodzice 25-latka z Łyniewa zostali poinformowani o wypadku jeszcze tego samego poranka. Policjant przekazał im, że Darek ma tylko niewielką ranę ciętą głowy, a z parczewskiego pogotowia rodzina została odprawiona i uspokojona, że nic mu nie jest, niech wracają do domu i przyjadą dopiero, gdy chłopak przetrzeźwieje. Po kościele zadzwonili, że jest bardzo źle i przewiozą Darka do szpitala w Lublinie. Chłopak był sparaliżowany, przelewał się w ramionach rodziców, którzy w końcu zostali dopuszczeni do syna.

W szpitalu przy Jaczewskiego w Lublinie Darek od razu trafił na stół operacyjny. Po pierwszej sześciogodzinnej operacji pacjent zaczął się dusić i we wtorek trzeba było go znów operować. Okazało się, że całe lewe płuco jest zalane krwią i treścią pokarmową żołądka, co potwierdziło postawioną wcześniej przez policjantów hipotezę, że 25-latek został przed przejechaniem przez samochód pobity.

Dwa tygodnie po operacji pojawiła się szansa, że pacjent przeżyje. Rdzeń kręgowy pobudził się do pracy, dzięki czemu Darek odzyskał czucie w palcach. Dotarł do niego też straszliwy ból. Niestety, wkrótce przestały działać nerki i wątroba. Po trzech tygodniach heroicznej walki o życie, w skutek niedotlenienia mózgu, 25-latek zmarł.

Darek z Łyniewa.jpg

Darek

. . .

Pogrzeb Darka stał się bezgłośnym manifestem przeciwko "Impulsowi". Za niesioną przez strażaków trumną kroczył liczny tłum mieszkańców Wisznic i sąsiednich wsi. Wszyscy domagali się zamknięcia głośnej dyskoteki i twierdzili, że Darka pobili i zostawili pod autem ochroniarze "Impulsu", czemu właściciel przybytku kategorycznie zaprzeczał. Mimo sprzeciwu lwiej części społeczności, dyskoteka wciąż działała i cieszyła się niemalejącą popularnością. Wciąż też dochodziło do bójek, a jeden z imprezowiczów otarł się o śmierć, tracąc nerkę wskutek pobicia.

Akcja Katolicka Diecezji Siedleckiej z oddziałem parafialnym w Wisznicach zbierała podpisy pod petycją o wycofanie z "Impulsu" alkoholu, którego uznano za głównego winowajcę ciągłych bójek. Odbywały się także protesty, w których brały udział setki ludzi. Lokalne gazety pisały o "rozpijającym i demoralizującym" młodzież lokalu i o nieetycznym właścicielu, który nie chce zamknąć swojego biznesu, ten zaś podał redakcję "Słowa Podlasia" do sądu za naruszenie jego dóbr osobistych.

W listopadzie 1997 roku, po otrzymaniu pisma od siedleckiej diecezji, pełnomocnik wojewody bialskopodlaskiego do spraw profilaktyki i rozwiązywania problemów alkoholowych zwrócił się do Samorządowego Kolegium Odwoławczego w Białej Podlaskiej o cofnięcie koncesji na alkohol w klubie "Impuls". Akcja powołała się na ustawę o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi. Prawnicy SKO uznali, że wcześniejsza koncesja została wydana z rażącym naruszeniem prawa i jest nieważna. Zezwolenie na sprzedaż alkoholu zostało podpisane przez sekretarza gminy Wisznice uprawnionego do tego przez wójta, którym w obecnym czasie była żona właściciela "Impulsu", co wedle doktryny prawnej unieważniało wydany dokument. Oznaczało to, że przez dwa lata działania klubu, alkohol był tam sprzedawany nielegalnie. Z końcem lutego 1998 roku niedochodowy już dobytek został zamknięty. Właściciel tłumaczył swoją decyzję pomysłem na inny biznes w tym miejscu oraz naciskom ze strony prasy, głównie "Słowa Podlasia".

Parczewska prokuratura postawiła zarzuty 18-latkowi, który nieumyślnie przejechał po Darku. Mimo wysiłków, policji nie udało się dowiedzieć, kto go pobił ani czy sam usiadł przy fiacie, czy został tam podłożony. Znalazło się wielu świadków, którzy widzieli Darka przed wypadkiem, jak siedzi oparty o koło. Rok później lubelski sąd uznał oskarżonego za winnego nieumyślnego naruszenia zasad bezpieczeństwa w ruchu lądowym i przejechania po 25-latku, powodując "zwichnięcie kręgosłupa szyjnego z rozerwaniem dysku C 3-4 i uszkodzenie rdzenia kręgowego". Marek został ukarany wyrokiem dwóch lat pozbawienia wolności w zawieszeniu na cztery lata oraz dozorem kuratora sądowego. Prokurator uznał wyrok za zbyt łagodny i chciał odwołać się od niego, ale z braku poparcia apelacji przez rodziców zmarłego, wycofał się. Małżeństwo uznało, że młody kierowca nie jest winny śmierci ich syna, tylko nieznani sprawcy pobicia i porzucenia pobitego pod samochodem, czego dowodem miały być słowa wypowiedziane przez chłopaka w szpitalu: Jak mieli mnie tak zostawić, to lepiej zabiliby na miejscu...

Po ponad dwudziestu trzech latach od śmierci Darka sprawcy pobicia wciąż nie zostali zidentyfikowani. Przed laty rodzice zmarłego mieli nadzieję, że potencjalni świadkowie wydarzeń z sierpniowego wieczoru 1997 roku przestaną się bać zemsty ze strony bandytów i zgłoszą się na policję, ale tak się nie stało. Ochroniarzom "Impulsu", którzy przez mieszkańców byli wskazywani jako winni śmierci 25-latka, nie zostali oskarżeni w tej sprawie. Za to jesienią 1998 roku piątka z nich została skazana wyrokami po dwa lata więzienia w zawieszeniu na trzy lata oraz grzywnami po tysiąc złotych za pobicie wracających z dyskoteki małżeństw. Klubowi bramkarze zostali także zobowiązani do wpłaty na stowarzyszenia pomagającemu dzieciom, a jeden z nich otrzymał dozór kuratora.

Jeżeli ktoś z Was posiada informacje na temat winnych pobicia Darka i przyczynienia się do jego śmierci, proszę o skontaktowanie się z najbliższym komisariatem policji.

• • •

Tekst powstał w oparciu o artykuły ze "Słowa Podlasia" wyd. 23-29 IX 1997 r., 4-7 XI 1997 r., 9-15 XII 1997 r., 29 IX - 5 X 1998 r., oraz artkułu "Śmierć i alkohol" z 1998 roku, niestety nie zapisałam dokładnej daty wydania. Korzystałam także z artykułu "Śmierć w rytmie disco-polo" z (nieistniejącego już) dziennika "Życie" wydanie z 1997 r. nr. 253.

49

Komentarze