REJESTR ZBOCZEŃCÓW

Mirosław S. z Lubicza

Mirosław S. przyszedł na świat w 1961 roku w Lubiczu – wsi położonej około dziesięć kilometrów od Torunia, w którym później uczęszczał do szkoły. Miał ojca alkoholika i często cierpiał głód. By zdobyć jedzenie, nauczył się łowić ryby i kraść. Za drugą z nabytych umiejętności kilkakrotnie odsiadywał krótkie wyroki. Ostatni pochodzi z 1980 roku – później, jak twierdził, utrzymywał się tylko z prac dorywczych. Jako inwalida drugiego stopnia otrzymywał też niewielką rentę, którą w całości przekazywał swojej matce. Imał się głównie prac fizycznych, tak jak latem 1990 roku, gdy już jako 29-letni kawaler wyjechał do kaszubskiej Krzesznej, by pomagać przy wykończeniu jednego z turystycznych przybytków.

. . .

Na początku sierpnia 1990 roku rodzina G. wyjechała na tygodniowe wakacje. W czasach PRL-u okolice jezior na terenie Kaszubskiego Parku Krajobrazowego były oblepione zakładowymi ośrodkami wypoczynkowymi i domami wczasowymi. Po kilku dniach pobytu w Krzesznej córki wybrały się z ojcem na plażę w sąsiednim Pierszczewku. Czas wesołej zabawy w wodach Jeziora Patulskiego minął z nadejściem pory obiadowej i dwójka z latorośli posłusznie wróciła na brzeg. Dziesięcioletnia Agnieszka ociągała się nieco, żal było jej przerywać kąpiel. Mimo psującej się pogody, na mieliźnie pluskało się mnóstwo dzieci, a na brzegu czuwali wylegujący się na ręcznikach dorośli. Ojciec zabrał młodsze z sióstr do pobliskiego ośrodka wypoczynkowego, w którym byli zakwaterowani, a pozostałej w wodzie córce nakazał niebawem do nich dołączyć. Gdy opiekun wyszedł z plaży, do Agnieszki i o dwa lata młodszej Marty1 podpłynęła biało-niebieska łódka wiosłowa. Siedzący w niej Mirosław S. zaproponował dzieciom rejs po jeziorze, na co podekscytowane się zgodziły. Przed wejściem na pokład młodsza z koleżanek pobiegła do opalającej się na leżaku mamy, by spytać o pozwolenie. Kobieta kategorycznie zabroniła córce wycieczki z obcym mężczyzną. W tym czasie pozostawiona bez opieki Agnieszka płynęła wraz S. w stronę oddalonych o kilkaset metrów szuwarów. Gdy mężczyzna zauważył, że jest obserwowany przez matkę drugiej z dziewczynek, która weszła do wody i przyglądała się oddalającej się łódce, skierował się ku małej przystani i wypuścił swoją pasażerkę na brzeg. Widząc to, kobieta odetchnęła z ulgą i zaczęła pakować swój plażowy kosz, by zdążyć do kwatery przed nadchodzącą burzą.

Agnieszka wróciła na plażę, gdzie Marta przekazała jej reprymendę od swojej mamy, by nigdy więcej nie wybierała się nigdzie z obcymi. Dziesięciolatka przytaknęła i przyrzekła, że więcej się to nie powtórzy. Zrywał się coraz silniejszy wiatr, więc dziewczynki pożegnały się i rozeszły w swoje strony: ośmiolatka do czekającego na nią rodzica, a Agnieszka ku wąskiemu kanałowi łączącemu Jezioro Patulskie z Ostrzyckim. Mirosław S. obiecał jej, że gdy tylko przeprowadzi łódkę przez przesmyk, może przewieźć ją bliżej ośrodka, w którym czekali na nią rodzice i siostry. Gdy doszła w umówione miejsce, mężczyzna czekał już przy ujściu do Jeziora Ostrzyckiego. Podekscytowana rejsem dziewczynka wskoczyła na pokład, a 29-latek zaczął wiosłować w umówionym kierunku.

Minęły dwie godziny od rozstania Agnieszki z ojcem. Zmartwieni rodzice rozpoczęli gorączkowe poszukiwania, do których dołączyli inni wczasowicze. Zrozpaczeni niepowodzeniem, zgłosili zaginięcie córki na komisariacie w Kartuzach. Policjanci pojawili się bezzwłocznie, z czasem dołączyły do nich posiłki z gdańskiej komendy wojewódzkiej.

Zapadła już noc, gdy S. wstał z kanapy i wyłączył telewizor. Spakował na łódkę wędkę i akcesoria do łowienia ryb oraz linkę nylonową i metalową szynę-dwuteownik, którą wcześniej ukradł z zabezpieczenia miejsca na ognisko. W gęstych ciemnościach wypłynął na Jezioro Ostrzyckie. Po dotarciu na miejsce zbrodni odsłonił przykryte trzcinami ciało dziesięciolatki i owinął wokół jej szyi linkę, a drugi koniec przywiązał do leżącej na pokładzie ciężkiej szyny. Zepchnął łódkę do wody i powiosłował na środek zbiornika, ciągnąc za sobą zwłoki dziecka. Gdy dopłynął do celu, wyrzucił za burtę metalowy dwuteownik, który opadł na dno, pociągając za sobą ciało dziewczynki. Chcąc zachować pozory, S. zarzucił wędkę i udawał, że łowi ryby. Uznawszy, że ma już wystarczającą wymówkę, gdyby ktoś widział go kręcącego się nocą po okolicy, powiosłował ku swojej kwaterze. Zasnął szybko. Z łóżka wyszedł dopiero po godzinie dziewiątej i jak co niedzielę wysłuchał w radiu transmisji mszy świętej. Reszta dnia też toczyła się swoim stałym, dawno ustalonym rytmem.

Mijała doba od zaginięciu dziesięciolatki. Liczni mundurowi rozpierzchli się po okolicach jezior i rozpytywali wczasowiczów. Ustalono, że Agnieszka była widziana w towarzystwie nieznanego mężczyzny. Ośmioletnia koleżanka zaginionej oraz jej matka opisały powierzchownie wygląd podejrzanego, który w minioną sobotę zaczepiał dzieci w pobliżu plaży: szczupły, niewysoki, może z sześćdziesiąt kilo wagi. Bardziej szczegółowe okazały się opisy łódki, którą się poruszał. Dzięki licznym relacjom na jej temat, policjanci znaleźli na jednej z przystani biało-niebieską łódź wiosłową odpowiadającą opisom świadków.

Mirosław S. został zatrzymany trzeciego dnia od zniknięcia Agnieszki. Przesłuchującym go policjantom przyznał się do zamordowania i zgwałcenia dziecka, wskazał też miejsce zatopienia zwłok. Na ramionach 29-latka stwierdzono kilkudniowe zadrapania, które mogła zadać broniąca się przed nim ofiara.

W dniu schwytania podejrzanego na terenie Ośrodka Wypoczynkowego „Rusałka” w Pierszczewku oraz w Ośrodku Wypoczynkowym Kolejowych Zakładów Usługowych w Krzesznej odbyła się wizja lokalna z udziałem Mirosława S. Zdaniem obserwatorów, 29-latek zachowywał się impulsywnie, drobiazgowo opisywał każdy szczegół wydarzeń z 11 sierpnia. Gdy przedstawiał, w jaki sposób owijał linkę wokół szyi dziecka, okazało się, że sznurek „pokazowy” jest za krótki. S. spontanicznie użył przewodu od mikrofonu i dokładnie zademonstrował, w jaki sposób użył nylonowego sznurka, by pozbyć się zwłok. Na zarejestrowanej na kasecie magnetowidowej relacji z tego dnia widać też, jak w którymś momencie podejrzany zaczyna płakać.



Nie mogę, nie mogę… Przerwijcie panowie ten film, nie mogę

– powiedział i poprosił o przerwę na papierosa.

Dzień po wizji lokalnej, 14 sierpnia 1990 roku, płetwonurkowie wyłowili z Jeziora Ostrzyckiego ciało Agnieszki. Zwłoki zostały okazane rodzicom, którzy rozpoznali swoją córkę. Kilka godzin później odbyło się okazanie podejrzanego mężczyzny ośmioletniej Marcie. Dziewczynka miała spośród trzech zaprezentowanych jej mężczyzn wybrać „pana od łódki”, podejść i podać mu rękę. Dziecko zastanowiło się przez chwilę i bez zawahania wskazało Mirosława S. W podziękowaniu za pomoc w śledztwie policja podarowała ośmiolatce książkę z dedykacją.

Sekcja zwłok wykazała, że dziewczynka zmarła w wyniku uduszenia przez ucisk na szyję. Przed śmiercią doznała licznych obrażeń, takich jak rozległe rozerwanie pochwy, co także mogło zagrażać jej życiu. Biegli początkowo podejrzewali, że Mirosław S. zgwałcił dziecko za pomocą użycia z bardzo dużą siłą tępego kołka lub metalowego pręta, śledztwo to jednak wykluczyło.

W domku kempingowym, w którym mieszkał S., zabezpieczono części jego garderoby oraz koc i ręcznik, na których znajdowały się zabrudzenia przypominające krew. Mirosław S. tłumaczył, że zaciął się podczas depilacji okolic krocza.



Faktycznie, zgolił się do ostatniego kłaczka. Ale to po to, by zatrzeć ślady. Wiedział dokładnie, co robi


– twierdził emerytowany policjant w rozmowie z toruńskim dziennikiem „Nowości”, w którym wspominał wydarzenia sprzed lat. (klik)

Badania wykazały, że plamy krwi na kocu nie należały do Mirosława S. Niestety, w latach 90. nie były możliwe tak dokładne badania morfologiczne jak dziś, dlatego zdołano ustalić tylko, że krew mogła należeć do Agnieszki G. ale nie było co do tego stuprocentowej pewności. Z kolei krew na majtkach zdaniem biegłych mogła pochodzić zarówno od S. jak i od jego ofiary. Próbki zebrane spod paznokci zatrzymanego także zostały uznane za ludzką krew bez możliwości zidentyfikowania, do kogo należała.

Biegli sądowi z dziedziny psychologii i psychiatrii stwierdzili, że Mirosław S. ma zaburzenia osobowości pod postacią psychopatii. Jego inteligencję oceniono jako ponadprzeciętną (w skali powyżej 123 IQ). Mimo niedostatecznie wykształconej uczuciowości wyższej, mężczyzna bezsprzecznie został uznany za w pełni poczytalnego i świadomego popełnionych czynów. W trakcie obserwacji psychiatrycznej, S. uciekł ze szpitala i ukradł samochód należący do kurii biskupiej. To zdarzenie skłoniło biegłych do sformowania stwierdzenia, że badany ma osobowość o cechach kryminogennych i asocjalnych.

Przeprowadzona przez biegłych analiza jego zachowania krytycznego dnia prowadzi do wniosku, że działania jego były zborne, zaplanowane i konsekwentne w realizacji, podporządkowane dewiacji seksualnej jaką jest pedofilia – orzekli biegli seksuolodzy. S. kolekcjonował zdjęcia kilku- i kilkunastoletnich dziewczynek, które dziurawił cyrklem lub scyzorykiem w okolicach krocza. Fotografie służyły mu do pobudzania się podczas masturbacji. Stwierdzono także, że badanego pociągają osoby niedorozwinięte umysłowo. W jego działaniach seksualnych ujawniono też elementy sadyzmu oraz somnofilii – czerpanie satysfakcji ze stosunku wyłącznie ze śpiącą lub nieprzytomną partnerką. W opinii lekarskiej czytamy też: Oskarżony jest dotknięty zboczeniem seksualnym w postaci gwałcicielstwa. Ma on nieprawidłowo ukształtowaną strefę potrzeb seksualnych i możliwości zaspokojenia tych potrzeb.

. . .

Prokuratura Rejonowa w Kartuzach skierowała do Sądu Wojewódzkiego w Gdańsku akt oskarżenia przeciwko Mirosławowi S., w którym zarzucono mu zgwałcenie ze szczególnym okrucieństwem oraz morderstwo dziesięcioletniej Agnieszki.

Proces ruszył jesienią 1991 roku. Mimo że Mirosław S. wcześniej wielokrotnie przed prokuratorem i policjantami przyznawał się do uduszenia i zgwałcenia Agnieszki, a także ze szczegółami opisał wydarzenia z 11 sierpnia 1990 roku, przed Temidą odwołał wszystkie wyjaśnienia i nie przyznał się do zarzucanych mu czynów. W trakcie przewodu sądowego2 odpowiadał tylko na pytania niemające bezpośredniego związku z popełnionymi zbrodniami. Tłumaczył też, że w dniu zaginięcia dziewczynki właściciel domku kempingowego, w którym S. mieszkał, dał mu tabletki na ból głowy „z krzyżykiem”, które popił piwem. Oskarżony najpewniej chciał zasugerować w ten sposób, że zabijając i gwałcąc dziecko, mógł nie być do końca świadomym. Właściciel domku zaprzeczył tej informacji.

Podczas rozprawy 29 listopada odtworzono nagranie z wizji lokalnej. Zdaniem Sądu, Mirosław S. podczas oglądania zdawał się być pobudzony seksualne, jakby na nowo przeżywał całe zdarzenie, które dawało mu satysfakcję. Sąd uznał też, że S. prezentował postawę obojętną, często nonszalancko uśmiechając się i to nawet w takich momentach, gdy ze łzami w oczach zeznania składali rodzice dziecka.

12 grudnia 1991 roku zapadł wyrok. Za zgwałcenie ze szczególnym okrucieństwem Agnieszki G. Mirosław S. został skazany na karę 15 lat pozbawienia wolności oraz wpłatę dwóch nawiązek po 50 tysięcy złotych3 na rzecz dwóch wskazanych przez Sąd organizacji charytatywnych. Za zabójstwo dziewczynki Sąd orzekł karę śmierci oraz pozbawienie praw publicznych na zawsze, co było także karą łączną za wszystkie postawione Mirosławowi S. zarzuty.

Wyrok argumentowano ustaleniami biegłych lekarzy, którzy zgodnie stwierdzili, że Mirosław S. stanowi realne zagrożenie, które najpewniej nie minie nawet po wielu latach izolowania go od społeczeństwa. Zdaniem biegłej z dziedziny seksuologii, z czasem dewiacje seksualne oskarżonego miały ulec spotęgowaniu, a formy zaspokajania popędu miały stać się jeszcze bardziej wyrafinowane. Wypuszczony na wolność, S. mógłby zareagować na widok dziecka w taki sam sposób jak na Agnieszkę, gdy potrzebował wstrząsającego bodźca psychicznego (śmierci ofiary) do stymulacji swojego popędu seksualnego. Biorąc pod uwagę jego wysoki iloraz inteligencji, istniało wysokie prawdopodobieństwo, że tym razem mógłby zatrzeć ślady zbrodni w skuteczny sposób.

Sąd nie znalazł żadnych okoliczności łagodzących. Uznał Mirosława S. za głęboko zdemoralizowanego i bez najmniejszych hamulców moralnych. W uzasadnieniu czytamy: Sąd analizując zachowanie oskarżonego po popełnieniu zarzucanych czynów – aż do dnia wyrokowania w sprawie – starał się dopatrzeć po jego stronie jakiejś głębszej refleksji nad tym, co się stało, przejawów skruchy czy też żałowania swojego czynu, które przecież wcale nie musiały objawiać się przyznaniem do winy przed sądem. Niestety takich elementów w zachowaniu jego nie było widać. Fakt, że oskarżony w życiu codziennym zdawał się być nieśmiały i łagodny, w oczach biegłych potęgowało jego zagrożenie dla społeczeństwa. Mężczyzna nie rokował też na poprawę, dlatego kara eliminacyjna miała uchronić społeczeństwo przed realnym zagrożeniem z jego strony.



W szczególności zabezpieczy dzieci


– podkreślił sędzia.

. . .

Obrońca Mirosława S. wniósł rewizję o złagodzenie wyroku. Na rozprawie w Sądzie Apelacyjnym w Gdańsku adwokat poparł swój wniosek, a prokurator wniósł o wymierzenie kary 25 lat pozbawienia wolności. Ojciec Agnieszki, który w procesie występował jako oskarżyciel posiłkowy, chciał utrzymania wyroku śmierci. Sam oskarżony przyznał się do winy i poprosił o danie mu szansy.

W tamtym czasie w Polsce nie można było wykonywać wyroków śmierci. Kara śmierci widniała w Kodeksie Karnym, ale od 1989 roku obowiązywało na nią moratorium. Chociaż było powszechnie wiadomo, że „stryczka” nie będzie, sędziowie wciąż na niego skazywali. Wszystkie takie wyroki były później (z braku wyższej kary) zamieniane na 25 lat pozbawienia wolności. Dopiero od 1997 roku w Kodeksie Karnym pojawiła się surowsza kara – dożywocie.

27 maja 1992 roku gdański Sąd Apelacyjny zmienił zaskarżony wyrok i skazał Mirosława S. na 25 lat pozbawienia wolności, 10 lat pozbawienia praw publicznych oraz wpłatę dwóch nawiązek po 50 tysięcy złotych na dwie wskazane organizacje charytatywne.

W uzasadnieniu decyzji Sądu czytamy, że okolicznością łagodzącą było przyznanie się S. do winy zaraz po jego zatrzymaniu oraz wskazanie miejsca zatopienia zwłok. Sąd uznał też, że oskarżony szczerze żałuje popełnionych czynów, o czym świadczyło chociażby jego zachowanie podczas wizji lokalnej, gdy poprosił o przerwanie nagrywania. Nie ma żadnych dowodów pozwalających ów przejaw żalu ocenić jako nieszczery – stwierdzono w uzasadnieniu wyroku. Zrodzenie się u oskarżonego w przyszłości głębszej refleksji nad popełnioną zbrodnią i głębszej skruchy nie jest wykluczone. Podkreślono także fakt, że oskarżony jest inwalidą drugiego stopnia, ze swojego miejsca zamieszkania ma opinię „przeciętną”, a z ostatniej pracy wręcz dobrą. Do zmiany wyroku przyczynił się też fakt, że nigdy wcześniej nie był karany za przestępstwa przeciwko życiu i zdrowiu, a jedynie za kradzieże. Sąd Apelacyjny uznał też, że opisane przez Sąd niższej instancji zachowanie Mirosława S. podczas odtwarzania nagrania wideo z wizji lokalnej – uśmiecha się, z zadowoleniem zaciera ręce, jest nienaturalnie pobudzony – mogło zostać źle zinterpretowane. Zdaniem Sądu, określenie nie rokuje szans poprawy było użyte zbyt kategorycznie i nawet jeżeli szansa na resocjalizację jest niewielka, to nie powinno się jej zaprzepaszczać.

. . .

W 1998 roku powstał kultowy już dokument “Nie sąd cię skaże pedofilu”. Przed kamerą wystąpili więźniowie skazani za wykorzystywanie seksualne dzieci oraz inni skazani, którzy opowiadali o nienawiści i pogardzie do tych pierwszych. O swoim ciężkim życiu za kratami opowiedział także 37-letni wówczas Mirosław S. Mężczyznę błędnie podpisano jako morderce 8-latki, jednak nie ma wątpliwości, że to właśnie on wystąpił w dziele Atheny Sawidis.



W porze nocnej zmuszono mnie do różnych czynów nierządnych


– uskarżał się przed kamerą.

Oprócz wykorzystywania seksualnego, S. miał być także przez współwięźniów bity. Jego życie stale było zagrożone i na każdym kroku musiał uważać, by ktoś go nie zaatakował. Z obawy przed przemocą fizyczną oraz słowną nie mógł korzystać ze świetlicy, uczestniczyć w jakichkolwiek więziennych wydarzeniach ani wychodzić na spacery. W celi nie dopuszczano go do stołu, a posiłki musiał zjadać na stołku lub w toalecie.

Wypowiedzi Mirosława S. można usłyszeć w minutach 1:20, 4:01, 4:43, 7:27, 12:53 oraz 17:51.

Mirosław S., kadr z dokumentu Atheny Sawidis “Nie sąd cię skaże pedofilu”.
Kadr z dokumentu “Nie sąd cię skaże pedofilu”.


. . .

Rok 2013 przyniósł w Polsce medialną histerię i strach. Po 25 latach spędzonych za kratkami, na wolność miał wyjść pedofil i wielokrotny morderca dzieci Mariusz Trynkiewicz. Oprócz „szatana z Piotrkowa” mury więzienia miało opuścić wielu innych przestępców skazanych w latach 1988-1998 na karę śmierci, którą z braku innych możliwości w ówczesnym Kodeksie Karnym zamieniono na 25 lat pozbawienia wolności. Niektórzy z nich to (nie)sławny Leszek Pękalski, Zbigniew B., o którym pisałam tutaj oraz Mirosław S. – oprawca dziesięcioletniej Agnieszki. Wielu z tych, którym władza PRL darowała życie, stanowili wciąż realnie niebezpieczeństwo, a zdaniem biegłych lekarzy istniała wręcz pewność, że znów będą gwałcić i zabijać. W listopadzie 2013 roku powstała więc ustawa o postępowaniu wobec osób z zaburzeniami psychicznymi i preferencjami seksualnymi stwarzającymi zagrożenie życia, zdrowia lub wolności seksualnej innych osób, nazwana przez media „ustawą o bestiach”. Akt prawny określa, kto zalicza się do owych „bestii” oraz wprowadza dwa bezterminowe środki chronienia obywateli przed takimi ludźmi: nadzór prewencyjny lub umieszczenie w nowo powstałym Krajowym Ośrodku Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym w Gostyninie.


Gdy zbliżał się koniec odsiadywanej przez Mirosława S. kary, skazany został poddany ponownym badaniom. 23 kwietnia 2015 roku, po zapoznaniu się z opiniami biegłych, Sąd Okręgowy w Gdańsku uznał S. za osobę stale stwarzającą zagrożenie i zdecydował o umieszczeniu go w gostynińskim ośrodku, do którego Mirosław S. trafił w sierpniu tego samego roku.

W kwietniu 2016 roku Mirosław S. współdzielił pokój z Mariuszem Trynkiewiczem, gdy podczas policyjnego przeszukania znaleziono u obu mężczyzn nośniki cyfrowe zawierające materiały pornograficzne z udziałem dzieci. Trykniewicz posiadał dwadzieścia plików o charakterze pedofilskim oraz wytworzone treści pornograficzne z wizerunkiem małoletniego uczestniczącego w czynności seksualnej, które posiadał także S. Na laptopie Mirosław S. znaleziono materiały przedstawiające dorosłych z doklejonymi do ich ciał twarzami dzieci. Prokuratura wszczęła śledztwo, a mężczyźni na ten czas pozostali w ośrodku.

. . .


Pod koniec marca 2017 roku Mirosław S. zadzwonił do toruńskiego Domu Dziecka „Młody Las” z propozycją przepisania swojej polisy ubezpieczeniowej na któreś z dzieci przebywających w placówce. Rozmawiająca z 56-latkiem pracownica, mimo wieloletniego stażu pracy, nie skojarzyła ośrodka w Gostyninie z miejscem, gdzie izoluje się m.in. zagrażających dzieciom przestępców. Oprócz przedstawienia się i wskazania miejsca, z którego dzwoni, S. pożalił się, że został „skrzywdzony przez państwo”. Te słowa również nie wzbudziły w Małgorzacie B. żadnych podejrzeń. Darczyńca podał wytyczne, które miało spełniać dziecko, któremu przekaże pieniądze – powinna być to dziewczynka, która nie skończyła jeszcze 10 lat. B., która pełniła w „Młodym Lesie” funkcję specjalisty koordynatora do spraw wychowanków, wytypowała ośmioletnią Hanię. Nie kontaktując się wcześniej z opiekunem dziecka, podała agentowi ubezpieczeniowemu Mirosława S. wszystkie niezbędne dane dziewczynki do sporządzenia stosownych dokumentów. Za sprawą spisującego umowę nazwisko dziecka i jego pesel trafiły także do właściciela polisy.

Z okazji 8 urodzin (Haniu), życzę Ci zdrowia, szczęścia, dobrych wyników w nauce, samych pogodnych dni i spełnienia najskrytszych marzeń

życzy

Mirek S.

– kartkę urodzinową o takiej treści w kwietniu 2017 roku otrzymała wychowanka toruńskiego Domu Dziecka. Mirosław S. wysłał dziewczynce także lalkę przypominającą „Barbie”.

Kartka urodzinowa, którą Mirosław S. wysłał do 8-letniej Hani.


Niedługo potem ktoś napisał anonimowe pismo do mediów z informacją, że pedofil i morderca dziecka wypisuje do ośmioletniej dziewczynki. Następnych dwóch przesyłek Dom Dziecka już nie rozpakował i żadna też nie trafiła do adresatki.

Władze Torunia w porozumieniu z Miejskim Ośrodkiem Pomocy Rodzinie zarządziły kompleksową kontrolę w „Młodym Lesie” mającą na celu sprawdzenie, czy pracownicy przestrzegają procedur dotyczących ochrony danych osobowych wychowanków oraz w jaki sposób pozyskują darczyńców i sponsorów. Sprawą zainteresowała się też toruńska prokuratura, która o wszystkim dowiedziała się z doniesień medialnych. Biuro Rzecznika Praw Dziecka napisało do „Młodego Lasu” z prośbą o wyjaśnienie sytuacji.



Dzwonią do nas setki darczyńców. Pracownica kierowała się dobrą wolą, nie skojarzyła Gostynina, ale powinno się jej zapalić czerwone światło, choćby po rozmowie z agentem ubezpieczeniowym Mirosława S., który wyraźnie zaznaczył, że ofiarodawca przebywa w ośrodku w Gostyninie. Natomiast pracownica zajmująca się tą sprawą nie musiała zgłaszać dyrekcji faktu, że ktoś chce obdarować wychowanka polisą ubezpieczeniową


– tłumaczyła postawę Małgorzaty B. Anna Czeczko-Durlak, dyrektor Centrum Placówek-Opiekuńczo-Wychowawczych

„Młody Las” w Toruniu.„Młody Las” odesłał do Gostynina paczki nadane przez Mirosława S. Zawiadamiam pana, że rezygnujemy z pomocy w postaci polisy, a także zabraniam panu kontaktów z placówką w jakiejkolwiek formie – napisała dyrektorka domu dziecka w liście dołączonym do przesyłki.

Ryszard Wardeński, dyrektor KOZZD w Gostyninie, poinformował prasę, że to on zawiadomił Rzecznika Praw Dziecka, gdy dowiedziano się, że S. próbuje skontaktować się z dziewczynką. Kierowana przez Wardeńskiego placówka nie ma prawa zabraniać czy cenzurować swoim pacjentom kontaktów telefonicznych i listownych, ponieważ jest podmiotem leczniczym, a nie zakładem karnym.

Mirosław S. tłumaczył się tym, że jako dziecko często łowił ryby w rozlewisku nieopodal toruńskiego Domu Dziecka. Spotykał tam jego wychowanków, którzy go dokarmiali. Fundując polisę jednemu z dzieci, chciał się odwdzięczyć za przeszłość. Sam nie ma kontaktu z rodziną i nie ma komu zostawić swoich pieniędzy.

Ośmiolatka, która miała dostać pieniądze od Mirosława S., nie była sierotą i miała rodzinę, której została odebrana półtora roku wcześniej. Jej matka miała częściowo ograniczone prawa rodzicielskie. Kobieta dowiedziała się o podpisanej polisie dopiero w czerwcu i jako opiekun unieważniła umowę. Mimo że wszyscy starali się ukryć przed ośmiolatką fakt, że chciał skontaktować się z nią pedofil i morderca, dziewczynka dowiedziała się o wszystkim od innych dzieci z „Młodego Lasu”.

W czerwcu 2018 roku Prokuratura Okręgowa w Toruniu postawiła Małgorzacie B. zarzut łamania przepisów dotyczących ochrony danych osobowych. Kobieta przyznała się do winy i złożyła wyjaśnienia. Przeprosiła też Hanię i jej matkę. Nie utraciła posady, pracodawcy ukarali ją tylko upomnieniem. Dyrekcja „Młodego Lasu” zapewniła, że oprócz kontroli przeprowadziła też szkolenia z zakresu ochrony danych osobowych oraz opracowała procedury postępowania z darczyńcami.

W podobnym czasie w 2018 roku do Sądu Rejonowego w Gostyninie wpłynął akt oskarżenia przeciwko Mariuszowi Trynkiewiczowi oraz Mirosławowi S. oskarżonym o posiadanie na swoich nośnikach cyfrowych plików o charakterze pedofilskim. Podczas śledztwa Trynkiewicz odmówił składania wyjaśnień, natomiast S. przyznał się do przedstawionego mu zarzutu.

W maju 2019 roku Sąd Okręgowy w Toruniu uznał Małgorzatę B. za winną popełnienia czynu z art. 107 ust. 1 Ustawy o ochronie danych osobowych i umorzył warunkowo postępowanie na dwa lata próby. Skazana musi zapłacić dwa tysiące złotych nawiązki na rzecz dziewczynki, której dane osobowe ujawniła, oraz pokryć koszty procesu.

. . .

W kwietniu 2019 roku przed Sądem Rejonowym w Gostyninie rozpoczął się proces Mariusza Trynkiewicza oraz Mirosława S. Na rozprawę oskarżeni zostali dowiezieni z pobliskiego Krajowego Ośrodka Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym. Po odczytaniu aktu oskarżenia, Sąd na wniosek prokuratora, do którego przyłączyła się obrona obu oskarżonych, wyłączył jawność procesu w części.



Publiczne rozpoznanie sprawy mogłoby obrażać dobre obyczaje


– argumentował decyzję sędzia Maciej Górzyński.

Zwrócił także uwagę, iż w trakcie procesu mogą być ujawniane pochodzące z materiału dowodowego wizerunki małoletnich, co w przypadku jawności postępowania i charakteru sprawy, naruszałoby dobro i interes tych osób.

6 kwietnia 2021 roku Sąd Rejonowy w Gostyninie skazał Mariusza Trynkiewicza na 6 lat pozbawienia wolności, z kolei Miroława S. na rok. Wyrok nie jest prawomocny.


1 imię zmieniłam

2 przewód sądowy – w procesie karnym najważniejsza część rozprawy obejmująca odczytanie aktu oskarżenia, wysłuchanie oskarżonego oraz przeprowadzenie postępowania dowodowego (sjp.pwp.pl)

3 50 tysięcy “starych złotych” po denominacji w 1995 roku odpowiada 5 złotym



Tekst powstał w oparciu o zanonimizowany wyrok oraz jego uzasadnienie, który dostałam od Sądu Okręgowego w Gdańsku oraz wyrok Sądu Apelacyjnego w Gdańsku wraz z uzasadnieniem. Korzystałam także z informacji z prasy: stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd. stąd, stąd i stąd.

Moje teksty wrzucam też na Wykop (tu i tu), gdzie w sekcji komentarzy znajdziecie super ciekawe dyskusje. ( ͡° ͜ʖ ͡°) Powyższy artykuł na wykopkowym Mikroblogu znajdziecie tutaj.