Wampir z Gliwic

Gdy Józef W. miał cztery lata, jego ojciec popełnił samobójstwo. Od tej pory wspomnienie poczucia strachu towarzyszącego widokowi trumny spuszczanej do wąskiego dołu było z nim już zawsze. Mały Józio został sam z matką, która biła go za najdrobniejsze przewinienia. Czasami zamykała też w ciemnej piwniczce, gdzie siedział skulony na węglu. Ze strachu przed karą często nie wracał do domu i głodny tułał się po ulicach Gliwic. Zaczął włamywać się do domów i mieszkań, aż trafił do domu dziecka. Stamtąd też uciekał, więc został umieszczony w ośrodku wychowawczym. Tam także nie miał łatwego życia – kary cielesne i przemoc seksualna były na porządku dziennym. Bywało, że rozbierano go do naga i wyprowadzano na zewnątrz, gdzie w listopadowym mrozie polewano go lodowatą wodą i bito pasem.

Po przejściu przez wiele ośrodków wychowawczych spędził lata w więzieniu za kradzieże i rozboje. W końcu założył warsztat stolarski, ożenił się, pogodził z matką, która sama nie radziła sobie z wspomnieniami z własnego dzieciństwa naznaczonego przemocą i gwałtami. Zaczęła uczęszczać na spotkania biblijne, gdzie zabierała syna. Ten nie zrezygnował jednak z kradzieży, w których teraz pomagała mu małżonka. Doczekał się także córki. W końcu firma splajtowała, a on zaczął się imać różnych prac dorywczych i coraz częściej pić alkohol. Leczył się także psychologicznie.

27 lutego 1992 r. zaprosił do siebie kolegę, a gdy skończyło im się piwo, postanowili udać się do osiedlowego sklepu. Józef wziął ze sobą tłuczek do mięsa, tłumacząc żonie, że to na wypadek awantury. Po drodze spotkał sąsiada, z którym wdał się sprzeczkę, a podczas bójki uderzył go w głowę obuchem, powalając na ziemię. Oprawca wraz z towarzyszem ruszył do sklepu. Po zakupieniu alkoholu zjawili się u znajomych w mieszkaniu przy ulicy Raciborskiej, w którym przebywało trzech innych mężczyzn.

kamienica111.jpg

Kamienica przy Raciborskiej 10; screen z Google Street View


Tam Józef przy wódce opowiedział kolegom, jak dwa dni wcześniej wdarł się na mównicę w kościele świętej Barbary i próbował wygłosić kazanie. Wierni zaczęli z niego szydzić, co go rozwścieczyło, dlatego wyjął nóż i zaczął im wygrażać. Potem chciał utoczyć własną krew do kielicha i opowiedzieć o swojej nadludzkiej sile, jednak powstrzymała go policja. Ta historia bardzo rozbawiła jego towarzyszy, co także nie spodobało się Józefowi, który wszczął kłótnię. Doszło do bójki, w trakcie której W. sięgnął po tłuczek i siekierę. Mężczyźni błagali go o życie, jeden z nich mówił, że ma żonę i dziecko, jednak nawet to nie przekonało oprawcy. Kazał im uklęknąć i się modlić. Zadawał ciosy, wykrzykując religijne hasła. Jeden z ranionych mężczyzn zaczął uciekać w stronę drzwi, aż w końcu padł, charcząc krwią. Oprawca podszedł do niego i zadał kilka uderzeń siekierą w tył głowy. Wrócił do pastwienia się nad pozostałymi, nikomu nie pozwalając wezwać pogotowia. Krew tryskała na wszystkie strony, a każda z ofiar otrzymała po kilkanaście ciosów. Trzej mężczyźni zmarli na miejscu. Nie udało się także uratować sąsiada, zatłuczonego w osiedlowej bramie.

hfhfghf.jpg

Zdjęcie z akt sprawy


gdg.jpg

Zdjęcie z akt sprawy


Jedyny ocalały opowiadał później:

Jego twarz zmieniła się, gdy zabijał, był blady, miał wywrócone białka oczne.

Policjanci, którzy zjawili się na miejscu, wręcz brodzili we krwi i ludzkich tkankach. Ze względu na silne rozczłonkowanie, trudno było dopasować niektóre części ciała do ofiar. W katowickim instytucie medycyny sądowej zabrakło stołów, aby pomieścić wszystkie fragmenty zwłok. Prasa nazwała zabójcę "wampirem z Gliwic".

fsgdg.jpg

Zdjęcie z akt sprawy


W. nie przyznał się do zabicia wszystkich czterech mężczyzn. Obwiniał kolegę, jedną z ofiar. Utrzymywał, że sam jest odpowiedzialny tylko za jedną śmierć i że działał w afekcie. Podczas przesłuchania zachowywał się dziwnie, mówił, że ma dar i posłał go sam Bóg i że "coś mu kazało rąbać". Później odwołał swoje wyjaśnienia, jednak zeznania świadków i dowody pozwoliły ustalić, że to on zabijał. Badania psychiatryczne wykazały, że jest psychopatą oraz charakteropatą.

W 1993 r. Sąd Wojewódzki w Katowicach skazał go na 25 lat pozbawienia wolności (w kodeksie karnym widniała wtedy kara śmierci, jednak obowiązywał zakaz jej wykonywania, czyli moratorium, o którym pisałam tutaj; nie było ówcześnie kary dożywotniego pozbawienia wolności). Po ogłoszeniu wyroku żona Józefa W. powiedziała córce, że jej ojciec nie żyje.

Według dyrektora Zakładu Karnego nr 2 w Strzelcach Opolskich W. "należał do wyjątkowo spokojnych skazanych". Brał udział w spotkaniach religijnych, angażował się w prace społeczne, udzielał się w wolontariacie i uczęszczał na zajęcia kulturalne. Nauczył się na pamięć kodeksu karnego, dzięki czemu pomagał innym więźniom. Wykonywał także prace odpłatne poza murami więzienia, m.in. w przedszkolu: zajmował się ogrodem, remontami i naprawą; (możliwość pracy w zakładzie karnym jest formą nagrody, nie każdy ma taki przywilej, tym bardziej z możliwością wychodzenia poza więzienne mury). Rodzice dzieci nie wiedzieli, za co został skazany mężczyzna pracujący w pobliżu ich pociech. W więzieniu nie brał jednak udziału w żadnej terapii, która pomogłaby mu uporać się ze swoimi cechami osobowościowymi. Przez wszystkie lata spędzone za kratami ukończył jedynie 30-godzinny kurs zastępowania agresji.

Po odbyciu 15 lat kary Józef W. mógł już starać się o przedterminowe zwolnienie (art. 78 k.k.) – ubiegał się o nie aż 13 razy.

Przesłanką do udzielenia warunkowego przedterminowego zwolnienia jest pozytywna prognoza kryminologiczna, czyli przekonanie, że więzień nie popełni ponownie przestępstwa. Przy jej ocenie brana jest pod uwagę opinia psychologa i wychowawcy oraz postawa skazanego, okoliczności popełnienia przestępstwa czy zachowanie po jego popełnieniu i w czasie odbywania kary (art. 69 k.k.). Dopiero na podstawie tych dowodów sąd może podjąć decyzję i ocenić, czy może udzielić przedterminowego zwolnienia. Jednak mimo pozytywnej prognozy nie musi on podejmować pozytywnej decyzji.

W przypadku Józefa W. decyzja sądu była każdorazowo odmowna z uwagi na negatywną prognozę kryminologiczną, którą więzienny wychowawca wystawiał ze względu na przestępstwa oraz brak krytycyzmu w stosunku do popełnionych morderstw.

W końcu, 8 sierpnia 2012 r. Sąd Okręgowy w Opolu stwierdził, że W. jest gotowy na powrót do społeczeństwa. Prognoza poprzedzająca decyzję sądu była także negatywna, jednak tym razem skazany sporządził pisemne wyrażenie żalu za zabójstwa. Dodatkowo jego wniosek poparli dyrektor i wicedyrektor zakładu, kapelan i psycholog oddziałowy. Nie byli jednak powołani biegli w tej sprawie. Prokurator także nie wyraził sprzeciwu, a w sądzie W. sprawiał wrażenie pokornego i skruszonego. Zapewniał, że się zmienił i jest innym człowiekiem.

Decydując o zwolnieniu, sąd mógł zlecić przeprowadzenie dodatkowych badań psychiatrycznych skazanego, nie wnioskował o to jednak ani prokurator, ani wychowawca. Dlatego w lutym 2013 r. Józef W. po 21 latach, w wieku 49 lat wyszedł na wolność. Został mu przyznany jedynie kurator sądowy na 10 lat, czyli na okres próbny. Sąd nałożył na niego także obowiązki: zarabiania, powstrzymania się od alkoholu, zawiadamiania o zmianie miejsca pobytu oraz niekontaktowania się z osobami karanymi.

. . .

Po wyjściu z więzienia W. otrzymał mieszkanie przy ulicy Zabrskiej w Gliwicach. Zajął się pracami wykończeniowymi – malował mieszkania, układał parkiety i kafelki.

13 sierpnia 2013 r. znajomi Józefa zabrali go ze do mieszkania ich koleżanki. Towarzystwo piło piwo i rozmawiało, a dialog najbardziej kleił się pomiędzy W. a 21-letnią Martyną*. Dziewczyna zaszła do swojej przyjaciółki prosto z urzędu pracy. Była rozżalona, ponieważ jedynym proponowanym jej zatrudnieniem było sprzątanie klatek schodowych. Zwierzała się mężczyźnie, że ma dwójkę małych dzieci, którym chciałaby zapewnić jak najlepszy byt, jednak przez ciążę w młodym wieku nie uzyskała odpowiedniego wykształcenia i teraz ciężko jej znaleźć porządną pracę. Józef słuchał jej uważnie i ze spokojem, w ojcowski wręcz sposób pocieszał. Nie podrywał, nie prawił komplementów, sprawiał raczej wrażenie psychologa lub księdza z powołania. W końcu towarzystwo zaczęło się rozchodzić. Józef mieszkał nieopodal, więc zaproponował Martynie, by wpadła do niego kontynuować rozmowę. Dziewczyna zgodziła się, nie mając pojęcia, że sprawiający dobre wrażenie mężczyzna w średnim wieku to czterokrotny morderca. Na miejscu poczęstował ją piwem i włączył muzykę. Był bardzo spokojny, a Martyna czuła się bezpiecznie, dopóki po wyjściu z toalety nie zobaczyła, że czeka na nią na korytarzu. Zaczęła czuć się nieswojo, dlatego po niedługim czasie rozmowy podziękowała za towarzystwo i zaczęła zbierać się do wyjścia. Okazało się jednak, że drzwi do mieszkania są zamknięte. Józef uśmiechnął się tylko i odparł:

Już nie wyjdziesz.

Przestraszona dziewczyna zaczęła płakać i błagać, by ją wypuścił, ten jednak był nieugięty. Zmienił się nie do poznania: z osoby miłej, ciepłej i ujmującej – w potwora. Przystawił jej do szyi nóż i powiedział:

Bądź cicho. Nie zrobi mi różnicy, jeśli ciebie też zabiję. Już to robiłem.

Po czym rzucił ją na łóżko i zaczął dusić. Rozkazał być grzeczną, wtedy może wypuści ją nad ranem. Zgwałcił ją kilkukrotnie. Stwierdził później, że ją zwiąże i będzie trzymał przez miesiąc. W końcu zamknął dziewczynę w mieszkaniu i wyszedł kupić alkohol i papierosy. Wtedy Martyna, która ciągle miała przy sobie telefon komórkowy, zadzwoniła do męża z prośbą o pomoc. Znała tylko numer budynku, dlatego, gdy przyjechał na miejsce wraz ze znajomymi, dziewczyna uderzała głośno w drzwi. Mężczyźni wyłamali je, a schodząc po klatce schodowej, spotkali wracającego ze sklepu Józefa. Mąż Martyny rzucił się na niego i dotkliwie pobił, po czym odwiózł żonę do domu i natychmiast zadzwonił na policję.

Myślałem, że przyjedzie pani psycholog z policjantką, ale przysłano siedmiu mężczyzn, którzy zaczęli wypytywać żonę o szczegóły gwałtu. Zadano jej ten ból na nowo. Pojechaliśmy na miejsce. W. już tam nie było. Potem na komisariacie żona znów musiała zeznawać przed mężczyzną. Nie wiem, czemu W. od razu nie zatrzymano

– opowiadał.

Mężczyzna po pobiciu trafił do szpitala z dość poważnymi obrażeniami, skąd w końcu samowolnie się oddalił i ukrył. Mąż poszkodowanej opowiadał:

Dzwonił potem do żony wielokrotnie. Groził, że skrzywdzi ją i dzieci. Próbował wymusić, by wycofała zeznania. Zdarzyło się nawet, że gdy jechała z córką i teściową autobusem, usiadł naprzeciw niej i się uśmiechał. Znów zadzwoniłem na policję. Dopiero pani prokurator przesłuchała żonę z udziałem psychologa i wydała nakaz zatrzymania.

W. wysyłał jej także SMS-y, w których groził śmiercią jej i jej całej rodzinie. Został zatrzymany dopiero 4 września, po czym stał się pierwszym w historii gliwickiej prokuratury oskarżonym o gwałt, którego przyprowadzono bez kajdanek. Najprawdopodobniej zagadał funkcjonariuszy, którzy uwierzyli, że jest niewinny.

Zaraz po tym do prokuratury zadzwonił pracownik więzienia w Strzelcach Opolskich. Mówił, że miał już wcześniej przeczucie, że stanie się coś złego i W. nie powinien zostać zwolniony. Dodał, że to człowiek bardzo inteligentny, który zyskał przychylność kierownictwa zakładu karnego, tak że wszyscy zapomnieli o zbrodni, której dokonał.

Józef W. nie przyznał się do winy. Zaprzeczył, jakoby miał przetrzymywać Martynę w mieszkaniu i odbyć z nią stosunki seksualne wbrew jej woli. Zapewniał także, że nie stosuje przemocy wobec kobiet.

Ja myślę, że jestem więźniem przeszłości. Ja muszę siedzieć. Ja nie mam prawa być na wolności, mnie można pomówić o byle co i ja siedzę dlatego, że kiedyś byłem karany

– powiedział reporterom. Pytany o zabójstwo z 1992 r. odparł, że nie nazywa tego morderstwem i źle się czuje z takim nazewnictwem. Te zdarzenia nazywa po prostu bójką, która zakończyła się tragicznie. A socjopatą nazwali go po to, by go "wsadzić".

W. został umieszczony w areszcie tymczasowym, a prokuratura w Gliwicach oskarżyła go o kilkakrotne zgwałcenie, uwięzienie, grożenie pozbawieniem życia oraz stosowanie przemocy fizycznej.

. . .

W mediach zawrzało. Wszyscy zadawali sobie pytanie, jak to możliwe, że czterokrotny morderca, który dzięki lukom w kodeksie karnym w latach 90. zamiast kary śmierci lub dożywocia dostał tylko 25 lat pozbawienia wolności, opuścił teraz więzienie za "dobre sprawowanie".

Okazało się, że w jednym z więzień – w Jastrzębiu-Zdroju – mówił wychowawcy, że nie czuje się winny tych zabójstw. Ten wtedy doradził mu, że aby wyjść na wolność, musi okazać skruchę i przyznać się do winy, ponieważ sąd już zawierzył wersji świadków. Dlatego właśnie napisał oficjalne pismo i nikt później nie badał, czy sam wierzy w to, co w nim zawarł. Okazało się także, że jego zachowanie analizowali tylko pracownicy zakładu karnego, w którym przebywał, nikt z zewnątrz.

Psycholog więzienny widział go zaledwie kilka razy, ponieważ najczęściej w zakładach karnych na 200 skazanych przypada tylko jeden lekarz. Z kolei wychowawca ma przydzielone 600-800 osób.

Kurator Józefa W. widział się z nim w ciągu pół roku (od wyjścia z więzienia do gwałtu) sześć razy. Uważał, że jego podopieczny nie naruszył żadnego z nałożonych na niego obowiązków.

Tam doszło do bójki. Nie możemy być pewni, że ktoś inny nie zabił, a on za to odbywa karę. W bójce ktoś może stracić przytomność i nie pamiętać całego obrazu sytuacji. Trudno mi uwierzyć, że zabił tylu ludzi. W. był uczciwy. Nie robił awantur przez cały okres odbywania kary. W celi jest mała przestrzeń. Osoby o skłonnościach do agresji bardzo szybko ją ujawniają. To moje prywatne odczucia – myślę, że znalazł się w złym czasie i miejscu. Ale nie kwestionuję wyroku.

Tę rażąco nieprofesjonalną wypowiedź skrytykowali goście magazynu reporterskiego "Państwo w państwie". Na temat sprawy wypowiadał się biegły sądowy, były sędzia i prezes Fundacji "Sławek".

klik <— "Państwo w państwie", gdzie pokazano m.in. fragmenty wywiadu z Józefem W., w którym usiłuje minimalizować wszystko to, co się stało i udaje ofiarę systemu. Symuluje nawet, że ma problemy ze słuchem.

cenz.jpg

Józef W.; kard z "Państwo w Państwie"


To, że skazany jest grzeczny w zakładzie, o niczym nie świadczy. Człowiek, który morduje siekierą i tłuczkiem do mięsa, powinien siedzieć w zamkniętym szpitalu psychiatrycznym, mieć dobrego lekarza, intensywną terapię, której nie przeprowadza się w więzieniu

– komentował w rozmowie z “Gazetą Wyborczą” były szef więziennictwa Paweł Moczydłowski. Z kolei prof. Piotr Kruszyński, znany karnista z Uniwersytetu Warszawskiego stwierdził:

Jestem zdumiony tą decyzją, nie mieści mi się to w głowie. W normalnych często banalnych sprawach, bardzo trudno jest uzyskać przedterminowe zwolnienie. Trzeba spełnić szereg warunków, przejść długą, skomplikowaną procedurę. A tutaj mamy sytuację, że człowiek skazany za poczwórne zabójstwo, wychodzi na wolność zdecydowanie zbyt wcześnie.


W. ma silne zaburzenia

– mówiła prokurator.

Z jednej strony często się wzrusza, wydaje się subtelny, mówi o poezji, książkach. Ale gdy przedstawiłam mu akt oskarżenia, stał się niezwykle agresywny, używał mocnych wulgaryzmów, twarz mu się wykrzywiła. Tak jakby znajdowały się w nim dwie kompletnie różne osoby.

Józef W. rzuciłby się na nią z pięściami, gdyby nie interwencja policjanta.

Specjaliści zgodnie twierdzili, że Sąd Okręgowy w Opolu popełnił błąd, udzielając „wampirowi z Gliwic” warunkowego zwolnienia.

. . .

Dziennikarzowi TVN24 Józef W. opowiadał, że wdarł się na mównicę w kościele po to, by "powygłupiać się" i trafić do zakładu psychiatrycznego, zamiast do więzienia, które groziło mu za wcześniejsze napady i rozboje. A podczas mordowania kolegów po prostu wpadł w amok i "szał bitewny", z którego niewiele pamięta (klik).

Dziennikarka Gazety Wyborczej, która przeprowadzała z nim kilkugodzinny wywiad, była przekonana, że W. nie żałuje tego, co zrobił, nie odczuwa wyrzutów sumienia, co więcej – jak sam mówił – nie jest pewien, czy popełnił przypisane mu zbrodnie.

Jestem niewinny. Wszystko wymyśliła prokuratura. Na panią prokurator napisałem już kilkadziesiąt skarg: do Ministerstwa Sprawiedliwości, Prokuratury Generalnej, prezesa sądu okręgowego, prezesa sądu rejonowego. Chcę założyć sprawę mężowi kobiety, która mnie pomawia, ale mi odmawiają. Założę sprawę psycholog, bo napisała też, że nadużywam środków psychoaktywnych, a ja nigdy nie brałem narkotyków.

Na dowód przygotował dla niej stertę pism i skarg na prokuraturę oraz na kierownictwo aresztu.

Staram się nie marnować czasu. Nie oglądam telewizji, wolę grać w szachy, pisać wiersze, aforyzmy, książki. Wiem, że jestem nadwrażliwy. Płaczę przy filmach jak "Waleczne Serce" lub słuchając muzyki Jean-Michela Jarre'a. Postanowiłem, że sam nauczę się grać. Napisałem pismo do dyrektora zakładu, by pozwolili mi na keyboard. Zaznaczyłem, że rozumiem, iż fortepian nie zmieści się do celi. Dostałem odmowę, więc napisałem kolejną prośbę o dostęp do szkoły muzycznej. Powołałem się na konkretne zapisy prawne i następnego dnia powiedziano, że mogę mieć ten keyboard. W zakładach karnych miałem w celi telewizor, odtwarzacz wideo, kablówkę. Czasem było mi wręcz źle, że posiadam tak wiele, gdy inni ludzie nie mają za co żyć

– opowiadał.

Dziennikarka oceniała go jako niezwykle inteligentnego człowieka, z wyjątkowym darem przekonywania ludzi do swojej wersji zdarzeń. Podczas wizyty w więzieniu była zaskoczona, z jaką wyższością odnosił się do strażników, wręcz rozstawiał ich po kątach. Natomiast, gdy została z nim już sama, stał się subtelny, wyważony i ze spokojem odpowiadał na wszystkie pytania. Stwarzał wokół siebie aurę bezpieczeństwa, można było poczuć się z nim bardzo swobodnie. Reporterka była uprzedzona przez psychologów, w jaki sposób może się zachowywać, by cokolwiek z Józefa W. wydobyć. Gdy zaczęła kontrolować swoje wypowiedzi, jej rozmówca pokazał swoją drugą twarz – zaczął się bardzo denerwować, wykazywał niezdrowe pobudzenia, gdy mówił o śmierci i zabijaniu, błyszczały mu oczy. Widać było, że tematy związane z zabijaniem go ekscytują. W nerwach opowiadał dziennikarce, że nie dziwi się ludziom, którzy strzelają do polityków.

Umiem robić naboje, broń, bomby. Od lat interesują mnie militaria, potrafię zrobić nawet te skomplikowane konstrukcje. Myślałem, aby wejść do budynku prokuratury lub sądu. Posługiwanie się trotylem jest proste i można zabić wielu ludzi. W zamknięciu mój gniew tylko się kumuluje

– chwalił się.

. . .

Wersję wydarzeń z 1992 oraz 2013 r. według Józefa W. przeczytacie tutaj.

. . .

Według opinii psychologów i psychiatrów z 2013 r., Józefa W. charakteryzuje wysoki poziom rozwoju intelektualnego, bardzo dobra orientacja w relacjach interpersonalnych oraz wysoka koncentracja na sobie. W celu zaspokojenia potrzeb może być nastawiony instrumentalnie i mieć skłonności do manipulacji. O dziwno, tym razem nie stwierdzono u niego psychopatii, socjopatii czy charakteropatii.

Psycholog kryminalny Jan Gołębiowski zajmujący się tworzeniem profili psychologicznych stwierdził jednak:

Myślę, że W. ma wysoką, choć niestabilną samoocenę. Jego postawa wielkościowa zasłania wątpliwości i kompleksy, których pewnie nabawił się w dzieciństwie. Trzeba też pamiętać, że 20 lat w więzieniu bardzo zmienia człowieka, niestety na gorsze. To tam człowiek się socjopatyzuje. Aby przetrwać, musi manipulować, odgrywać rolę, kłamać. Psychopaci potrafią idealnie dostosować się do warunków zamknięcia. To często najlepsi więźniowie. Stają się niebezpieczni na wolności, gdy pozbawi się ich rutyny i kontroli. Często mają ogromne możliwości kreacji. Do perfekcji opanowali przekonywanie innych do swojej wersji zdarzeń.

W więzieniu w Raciborzu, do którego trafił W., uznano, że nie klasyfikuje się on do terapii, bo nie ma choroby psychicznej.

. . .

Na początku sierpnia 2014 r. w Sądzie Okręgowym w Gliwicach odbyła się pierwsza rozprawa (klik). Prowadząca sprawę prokurator nie dziwiła się, że mężczyzna potrafił przekonać do siebie bardzo wiele osób. Była przekonana, że gdyby nie natychmiastowa reakcja męża życie Martyny byłoby zagrożone.

Na pewno oskarżony jest osobowością skomplikowaną. Z jednej strony sprawia wrażenie osoby bardzo spokojnej, spolegliwej wręcz. Takiej, która chce przekonać do swoich racji. Natomiast w momencie, w którym mu się to nie udaje, kiedy zauważa, że osoba, która go przesłuchuje, lub przeprowadza badania, ma odmienne zdanie, to natychmiast reaguje gniewem, agresją, czy nawet wulgaryzmami. Niewątpliwie jest osobą, która kreuje się, i po części mu się to udaje, na osobę bardzo spokojną, chętną do współpracy. Rozmawiającą. Interesującą się wieloma dziedzinami sztuki

– powiedziała.

(zdjęcie) (zdjęcie)

Według książki Justyny Kopińskiej "Polska odwraca oczy" w maju 2015 r. Sąd Rejonowy w Gliwicach skazał Józefa W. (tam jako "Adam Weber") za zgwałcenie na 6 lat więzienia.

W trakcie sprawy sądowej popełniono liczne błędy, dlatego Sąd Apelacyjny uchylił wyrok do ponownego rozpatrzenia. Nową rozprawę wyznaczono na marzec 2016 roku. Sędzia z Sądu Rejonowego w Gliwicach uznał, że Adam Weber może odpowiadać z wolnej stopy. Weber czeka na rozprawę na wolności.

– pisała autorka.

19 września 2016 r. Sąd w Gliwicach, bazując na opinii lekarza chorób wewnętrznych, uniewinnił Józefa Wagnera. Prokurator uznał ten wyrok za niesłuszny i zapowiedział apelację. Jednak od tej pory media milczą w tej sprawie.

. . .

*imię wymyśliłam na potrzebę tekstu

• • •

Wszystkie informacje, które zawarłam w powyższym tekście, pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd.

• • •

Jeżeli ktoś chciałby wesprzeć mnie bym mogła pozwolić sobie na poświęcenie większej ilości czasu na pisanie dla Was to zapraszam na mój Patronite. Prowadzę tam także bloga z dodatkowymi informacjami o zbrodniach, których temat aktualnie poruszam.

Moje teksty wrzucam też na Wykop (tu i tu), gdzie w sekcji komentarzy znajdziecie super ciekawe dyskusje. ( ͡° ͜ʖ ͡°) Powyższy artykuł na wykopkowym Mikroblogu znajdziecie tutaj.

26

Komentarze