Morderca z poprawczaka

Sąsiedzi bali się Stefana, nie mniej niż jego rodzina. Na wsi niedaleko Drelowa (woj. lubelskie), gdzie mieszkał z żoną i siedmiorgiem dzieci, mówiono, że agresywny, że pijak, że kawał drania. Ale robotny, co w latach 90. było jedną z najbardziej szanowanych cech i często przykrywało najgorsze wady. Mimo pobierania renty, mężczyzna najmował się do pracy, gdzie tylko się dało – a to obornik przerzucał, a to pomagał przy zbiorze buraków. Część pieniędzy przepijał, resztę łożył na rodzinę, która mimo jego wkładu i zasiłku z pomocy społecznej żyła w ubóstwie. Liczne potomstwo Stefana było niedożywione, a według przydzielonego im w późniejszych latach kuratora, w domu jadano głównie chleb ze smalcem i nazbierane w lesie grzyby. Przez całe lato dzieci zrywały zioła, jagody i wszystko inne, co nadawało się do zjedzenia lub na sprzedaż. Zarobione pieniądze pomagały spłacać zaciągnięte w miejscowym sklepie "kreski". Dzieci pracowały też przy domu, rąbały drewno, nosiły wodę ze studni. Ojciec trzymał je krótko, nie znosił sprzeciwu i wymagał bezwzględnego posłuszeństwa, które egzekwował krzykiem i karami cielesnymi.

Na wsi mówiono, że Stefan może i wulgarny, i nie do życia, ale byłby inny, gdyby nie żona.

To przez nią on taki. Ani uprane, ani ugotowane, ani pocerowane, ani to, ani sio, tylko kawka i papierosek!

– psioczyły sąsiadki.

W 1995 roku prokuratura wszczęła postępowanie dotyczące znęcania się nad kobietą przez męża. Z czasem jednak poszkodowana wycofała oskarżenia, a sprawę umorzono.

Przed wrzaskami i biciem dzieci Stefana często uciekały do babci. W białym, drewnianym domku w Wohyniu szczególnie często bywał najstarszy z rodzeństwa, Adrian. To jego upodobał sobie ojciec na kozła ofiarnego i główny cel swojej agresji. Bił go na przeróżne sposoby, często tak dotkliwie, że chłopiec nie mógł usiedzieć na sinych pośladkach. Rzucał w syna siekierą, zakładał na szyję stryczek i straszył, że powiesi go na brzozie. Gdy Adrian wagarował, Stefan nie pozwalał mu wracać do domu i kazał nocować w zbożu lub chlewiku, gdzie podgryzały chłopca szczury. Matka po kryjomu wyniosiła mu kurtkę, by nie zmarzł w nocy.

. . .

Jesienią 1994 roku 13-letni Adrian zapukał do drzwi znajomej swojej babci. 82-latka otworzyła znanemu z widzenia chłopcu, a ten wpadł do izby jak burza. Usiadł na krześle i skarżył się, że go pobito i boi się wyjść na zewnątrz. Poprosił staruszkę o szklankę wody, a gdy ta odwróciła się w stronę zlewu, chwycił za kuchenny nóż i z całej siły wbił go kobiecie w plecy, która krzyknęła przeraźliwie, a nastolatek wybiegł na podwórko. Słaniając się na nogach, widziała przez okno jak wraca z metalowym prętem w ręku. Ostatkiem sił doszła do drzwi i przekręciła klucz. Zaczął w nie uderzać i usiłował wyważyć, jednak bezskutecznie. Uciekł spłoszony przez kuzynkę 82-latki, która przyszła z wizytą.

Ofiara niedoszłego mordercy spędziła tydzień w szpitalu, a on sam został zatrzymany. Chłopiec był już znany policjantom, bo zaledwie dwa tygodnie przed atakiem był wraz z jednym z młodszych braci przesłuchiwany jako podejrzany o kradzież z włamaniem. Tym razem Adrianowi zarzucono usiłowanie morderstwa. Podczas przesłuchań wyszło na jaw, że 13-latek i jego młodsze rodzeństwo są ofiarami przemocy ze strony ojca oraz żyją w tragicznych warunkach. Kuratorka, która wizytowała ich dom w tamtym czasie, opisała go słowami: Podłogi to gołe deski i klepisko. Łóżko do spania po dwoje, mały stoliczek, dwa krzesła, szafa i telewizor. Panuje brud. Na stole pełno piachu, przy chlebie koty, a bywało, że i kury, i psy. Zaduch. Dzieci nie mają minimalnych warunków do nauki. W raporcie znajduje się także informacja, że Stefan i jego żona, którzy permanentnie narzekają na brak pieniędzy, nie potrafią uszanować ubrań, które są im dostarczane z ośrodka charytatywnego. Po użyciu palą je lub wyrzucają na podwórze.

Kuratorzy uznali zgodnie, że małżonkowie są niezaradni wychowawczo, mimo to sąd orzekł, że nie ma dostatecznych dowodów na ich winę, dlatego nie można odebrać im dzieci. Szóstka z nich została więc przy rodzicach, którym jedynie ograniczono prawa. Adrian z kolei został umieszczony w zakładzie poprawczym.

. . .

W niedzielę 7 września 1996 roku do małego, białego domku w Wohyniu zjechała się liczna rodzina. Na wyprawianych imieninach pojawił się też najstarszy wnuk solenizantki. Adrian co prawda z przepustki miał wrócić do Zakładu Poprawczego w Świeciu już trzy tygodnie temu, ale służby niezbyt interesowały się jego zniknięciem. Czuł się pewnie, bo i nie była to jego pierwsza ucieczka.

Gdy goście rozjechali się do domów lub twardo spali po zakrapianej imprezie, Adrian leżał na tapczanie i przypomniał sobie dawno podsłuchaną rozmowę – mieszkające po drugiej stronie ulicy małżeństwo omawiało wyjazd za granicę. Wywnioskował, że w domu Stanisława i Marii musi być spora suma pieniędzy. Wstał więc z posłania, wziął kuchenny nóż i po cichu wykradł się z babcinego domu. Drzwi wejściowe sąsiadów były zamknięte, nastolatek zauważył jednak lekko uchylone okno na tyłach posesji. Wślizgnął się do kuchni i zaczął penetrować dom w poszukiwaniu gotówki. Hałas obudził gospodynię, która wyszła sprawdzić, co się dzieje. Zaskoczony włamywacz rzucił się na nią z nożem. Gdy po licznych ciosach 36-latka osunęła się na ziemię, ten wrócił do plądrowania pomieszczeń. Po chwili do kuchni weszła zbudzona odgłosami szamotaniny córka kobiety. 8-letnia Ewa, widząc zakrwawioną matkę na podłodze, nie była w stanie wykrztusić z siebie ani słowa. Adrian od razu ją zaatakował. Dźgał dziewczynkę tak długo, aż przestała się ruszać. Po wszystkim przeniósł ciała do sąsiedniego pokoju i ułożył na tapczanie. Obnażył częściowo zwłoki Marii, by upozorować motyw seksualny i nakrył matkę i córkę kołdrą. Przed wyjściem zabrał 250 złotych, biżuterię i odtwarzacz wideo, który ukrył w reklamówce pod gałęziami w sadzie swojej babci. Po wszystkim wrócił cicho do białego domku i położył się spać.

mozetkabedzie lpeiejeemk.png

Więcej prac mojego autorstwa znajdziecie na fanpage Kvoka —> https://www.facebook.com/kvoka.art


W poniedziałkowy wieczór Stanisław zastał swój dom w Wohyniu zamknięty, ciemny i dziwnie cichy. Zdziwił się, gdyż zwykle o tej porze żona i córka czekały na jego powrót z pracy. Gdy długo nie odpowiadały na pukanie, mężczyzna obszedł budynek. Widok otwartego na oścież okna jeszcze bardziej go zaniepokoił. Wdrapał się do środka i w nadziei, że rodzina śpi, cicho przeszedł przez kuchnię. Marię i Ewę znalazł tam, gdzie zostawił je minionej nocy włamywacz. Zrozpaczony i zszokowany mężczyzna wybiegł z domu prosić o pomoc sąsiadów, w tym mordercę.

Piętnastolatek przez cały dzień zachowywał się spokojnie. Nawet po dziewiętnastej, gdy pod domem na drugiej stronie ulicy stał czarny parawan, zdawał się nie mieć żadnego związku z tamtejszą tragedią. Babcia nastolatka miała jednak złe przeczucia.

Adrianku, powiedz, może ty coś zrobił

– martwiła się.

Chłopak stanowczo zaprzeczał, zdawał się wręcz zdziwiony obecnością policji pod domem sąsiadów.

Babciu, błagam cię, nie męcz mnie. Jestem czysty. Ja nikogo się nie boję. Ja jestem czysty.

Oględziny miejsca zbrodni trwały niemal całą noc. Mimo zarzekania się przed rodziną i zapewnianiu o swojej niewinności, Adrian został zatrzymany już we wtorek. Podczas przesłuchania w Sądzie Rejonowym w Radzyniu Podlaskim przyznał się do włamania i podwójnego morderstwa. Po złożeniu wyjaśnień podejrzanego nastolatka umieszczono w schronisku w Dominowie pod Lublinem, gdzie został poddany obserwacji psychiatrycznej.

. . .

Stefan prześladował wszystkie swoje dzieci, jednak gdy Adrian, nad którym znęcał się najbardziej, trafił do zakładu poprawczego, mężczyzna wybrał nowy ulubiony obiekt tortur. Jego drugi syn był mu bardzo poddany, bez zająknięcia wykonywał wszystkie rozkazy, zajmował się młodszym rodzeństwem i robił opłaty. Młodszy o rok Szczepan nie był już tak posłuszny, wybór wydawał się więc oczywisty.

W październiku 1996 roku po nocy spędzonej w krzakach przy dworcu w Międzyrzecu Podlaskim, Szczepan zgłosił się na policję. 12-latek prosił o umieszczenie w domu dziecka, bał się wrócić się do rodzinnego domu.

Nie chcę być już bity, aż do utraty przytomności

– błagał. Skierowano go do lokalnego pogotowia opiekuńczego i skontaktowano się z jego rodzicami. Po chłopca zgłosił się ojciec, ale nie chciał go ze sobą zabrać, zabronił też robienia tego swojej żonie. W notatce kuratora można przeczytać, że Stefan przywiózł synowi trochę ubrań, stwierdzając, że nie jest tego i tak wart. Dodał jeszcze, że pozbędzie się Szczepana ze swojego domu, tak jak pozbył się Adriana.

Podczas pobytu w placówce Szczepan opowiadał o szykanach ze strony ojca i brutalnych razach, które otrzymywał za nie wykonywanie prac fizycznych. Stefan miał wściekać się też, gdy jego najmłodsze dzieci zbyt głośno się bawiły. Okładał je wtedy wszystkim, co miał pod ręką. 12-latek uznał, że z rodzicem nie dało się porozmawiać, bo ten nie potrafił pohamować agresji. Chłopiec często chodził głodny, dlatego też do szkoły zamiast PKS-em wolał jeździć autostopem i prosić podwożących o jedzenie.

W tym czasie sąd po raz czwarty wznowił postępowanie o pozbawienie Stefana i jego żony praw rodzicielskich. Szczepan nie miał dużych szans na umieszczenie go w domu dziecka, ponieważ w tym okresie w województwie bialskopodlaskim dysponowano tylko dwoma tego typu ośrodkami, do których kolejka była bardzo długa.

Szczepan spędził w ośrodku dziesięć dni. Bardzo prosił o spotkanie z mamą i najmłodszą siostrą. Wiedział, że ojciec im na to nie pozwoli. Przed południem 17 października, w sadzie obok Państwowego Pogotowia Opiekuńczego w Międzyrzecu Podlaskim, znaleziono zwłoki 12-latka. Szczepan powiesił się na gałęzi za pomocą sznurka jutowego.

W niedzielę przed mszą Stefan pożegnał się ze wszystkimi. Nikt nie wiedział dlaczego. Po pogrzebie syna powiesił się w starym sadzie.

. . .

Obecnie dzieci Stefana są już dorosłymi ludźmi i założyły własne rodziny. Przez prawie ćwierć wieku odwiedzali w więzieniu Adriana, który był sądzony jak dorosły i w 1997 roku otrzymał wyrok 25 lat pozbawienia wolności. To najwyższa kara za podwójne morderstwo dla nieletniego. Podczas widzeń osadzony zaprzyjaźnił się z młodą żoną najmłodszego ze swoich braci. Kobieta zaczęła samotnie odwiedzać szwagra, skarżąc się na problem alkoholowy męża i ciężką sytuację materialną. "U niego tylko kawa, papieros i telefon!" – żaliła się.

W kwietniu 2019 roku 38-letni już Adrian opuścił areszt w ramach przedterminowego warunkowego zwolnienia. Jego bratowa wraz z małą córeczką opuściła męża i zamieszkała z mordercą. W grudniu mężczyzna trafił do aresztu w związku podejrzeniem przestępstwa narkotykowego, a kobieta w zaawansowanej ciąży wróciła w rodzinne strony, gdzie wkrótce urodziła syna.

W marcu 2020 roku "Słowo Podlasia" donosiło o półtoramiesięcznym chłopcu, który z anemią i krwiakami na główce trafił do bialskiego szpitala. Noworodkowi przetoczono krew, podejrzewano także zespół dziecka potrząsanego, o którym mogły świadczyć jego zmiany w mózgu. Dziecko było zaniedbane, odwodnione, miało oparzenia i zbyt mały przyrost masy ciała. Zdaniem rodziny matki chłopca, to starsza siostrzyczka miała go uderzyć nocnikiem. Dzieci zostały odebrane matce i umieszczone w domu dziecka. Aktualnie prokuratura prowadzi postępowanie w tej sprawie.

• • •

Informacje z prasy, które zawarłam w tym tekście, pochodzą stąd oraz z wydań 38/96 i 44/99 "Słowa Podlasia".

Jeżeli ktoś chciałby wesprzeć mnie w tym co robię, to zapraszam na mój Patronite. Prowadzę tam także miniblog z dodatkowymi informacjami.

Swoje teksty wrzucam też na Wykop (tu i tu), gdzie w sekcji komentarzy znajdziecie super ciekawe dyskusje. ( ͡° ͜ʖ ͡°) Powyższy artykuł na wykopkowym Mikroblogu znajdziecie tutaj.

46

Komentarze

  • Adam

    7 września 1996 była sobota nie niedziela