Mariusz Sz. z Parszczyc

Od 1 stycznia 2018 r. działa w Polsce publiczny Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym. Znajdują się tam wizerunki gwałcicieli i pedofilów wraz z ich podstawowymi danymi, aktualnym miejscem pobytu i paragrafami, za które zostali skazani. W kategorii rejestr zboczeńców przedstawiam Wam sylwetki niektórych z nich, wraz z opisem zbrodni, linkami do artykułów na ich temat i wszelkimi ciekawostkami, które uda mi się wyszukać.

• • •

szynsz.jpg

Ministerstwo Sprawiedliwości


MARIUSZ SZ., rocznik '69

Mariusz był czwartym i ostatnim dzieckiem państwa Sz. oraz "ukochanym synkiem mamusi". Grażyna Sz.* od lat miała poważny problem z alkoholem, który spożywała nawet w ciąży. Z kolei ojciec, zanim zginął w wypadku samochodowym w 2015 r., stronił od procentów i zajmował się gospodarstwem. Gdy dzieci były już dorosłe, po drugiej stronie podwórza postawił budynek (zdjęcie) w surowym stanie, do którego od razu wprowadził się najmłodszy syn. Nie było tam bieżącej wody, ogrzewania ani kanalizacji. Trzeba było korzystać ze studni i wychodka na podwórku, a do ogrzewania służyła ustawiona w jednym z pomieszczeń westfalka (w komentarzu dodałam skan opisu panujących w domu warunków).

W rodzinnym domu pozostali rodzice, trzej synowie wraz z żonami oraz jedenaścioro wnucząt. "Na swoim" Mariusz stale urządzał popijawy z kolegami, braćmi i matką. Mimo wszystko, zdaniem mieszkańców Parszczyc (woj. pomorskie) był spokojną osobą. Edukację zakończył już po szkole podstawowej, pracował dorywczo fizycznie. Wiosną 2005 r. zatrudnił się na budowie w jednej z miejscowości na Półwyspie Helskim, gdzie poznał młodszą od siebie o 12 lat Ewę*. Wówczas 24-latka sprzedawała w sklepie, w którym Mariusz robił zakupy. Był zawsze miły i szarmancki, w końcu ich wspólne rozmowy przeniosły się poza miejsce pracy kobiety. Sam na sam mężczyzna był romantyczny, opiekuńczy i zawsze nienagannie ubrany, co imponowało dziewczynie i już w listopadzie tego samego roku para zaczęła rozmawiać o ślubie i wspólnym zamieszkaniu. Ewa zapoznała ukochanego ze swoimi rodzicami, a pod koniec roku wprowadziła się do jego domu na kaszubskiej wsi. Złe warunki mieszkalne miały być chwilowe, Mariusz obiecał, że do lata budynek będzie wykończony. Nigdy jednak tak się nie stało.

W styczniu 2006 r. Ewę odwiedziła matka Bożena K.* oraz dwaj bracia. Mariusz zapewniał ich o wielkim uczuciu do konkubiny i częstował herbatą drżących z zimna gości. Jednak gdy teściowa zapytała, czy może poznać jego mieszkającą obok rodzinę, kategorycznie odmówił i odrzekł, że jeżeli ma z tym problem, to może już wracać do siebie.

1 marca para wzięła ślub cywilny, o którym rodzice Ewy dowiedzieli się dopiero po fakcie, ponieważ Mariusz nie życzył sobie ich obecności. Świeżo upieczona pani Sz. poprosiła matkę, która z życiowego wyboru córki nie była zadowolona, by od tej pory zawsze zapowiadała swoje odwiedziny. Po ślubie Ewa zrezygnowała z pracy w sklepie, ponieważ z nowego miejsca zamieszkania trudno było jej tam dojeżdżać.

Po zaślubinach zachowanie Mariusza Sz. radykalnie się zmieniło. Pierwszy raz żonę uderzył już po tygodniu.

Bo chciałam jechać do matki. Gdy ochłonął, przeprosił i zapewnił, że to ostatni raz. Ale to nigdy nie był ostatni raz

– opowiadała po latach.

Mężczyzna zaczął krzyczeć na kobietę z byle powodu, wyzywać od "kurew" i "szmat" oraz nadużywać alkoholu, na który wydawał większość zarobionych pieniędzy. Bił ręką po głowie, bo – jak tłumaczył – wtedy nie ma śladów. Ewie nie pozwalał wychodzić na podwórko, awanturował się, gdy choć chwilę spóźniła się z odgrzaniem obiadu, przygotowaniem kawy, czy gdy chciała zadzwonić do matki. Mariusz rzadko pracował, a większość czasu spędzał na zakrapianych libacjach z rodziną. Gdy w kwietniu Ewa zaszła w ciążę, ucieszył się, jednak nie przestał znęcać się nad nią psychicznie i fizycznie.

Pod koniec ciąży Ewa trafiła na dwa tygodnie do szpitala, jednak małżonek nie odwiedził jej ani razu. W grudniu 2006 r. na świat przyszła ich pierwsza córka Lena*. Gdy Mariusz po raz pierwszy zobaczył dziewczynkę i jej ciemne włoski, uznał, że nie jest jego dzieckiem i wściekły zaczął Ewę okładać rękami po głowie. Chociaż początkowo starał się jej pomagać w nowych obowiązkach, to bardzo szybko z tego zrezygnował. Gdy żona była jeszcze w połogu zaczął siłą wymuszać na niej odbywanie bolesnych stosunków, krzycząc, że jest to jej małżeńskim obowiązkiem.

Podczas odwiedzin matki, Ewa w końcu zwierzyła się z tego opowiedziała o problemach z mężem. Poprosiła jednak o dyskrecję, licząc na to, że po narodzinach dziecka mężczyzna się zmieni. Zmartwiona kobieta przystała na prośbę córki i ponownie odwiedziła ją dopiero przed świętami Bożego Narodzenia, a następnie w styczniu 2007 r., gdy odbył się ślub kościelny pary. Bożena K. pomogła młodym w przygotowaniu przyjęcia, jednak dzień po weselu wciąż nietrzeźwy Mariusz odprawił teściową z domu, a Ewa poprosiła, żeby mu się nie sprzeciwiać. Mimo tego kobieta ponownie przyjechała na Kaszuby w marcu i zauważyła u córki podbite oko. Nie chciała uwierzyć zapewnieniom pary, że to od przypadkowego uderzenia w szafę. Prosiła Ewę o powrót z nią do rodzinnego domu, ta jednak nie chciała się na to zgodzić.

W domu państwa Sz. dochodziło do coraz brutalniejszych aktów agresji. Mariusz stopniowo przyzwyczajał Ewę do przemocy, czemu słaba psychicznie kobieta ulegała. Mimo ciągłych zapewnień męża, że i tak nikt nie uwierzy w jej krzywdę, kobieta w końcu odważyła się zadzwonić do matki. Bożena K. przyjechała do Parszczyc zabrać córkę od męża tyrana, ten jednak kategorycznie sprzeciwił się temu, by wzięły ze sobą niespełna półroczną Lenę. Przystał na to dopiero, gdy pod dom przyjechała wezwana przez jego żonę policja. Ewa wraz z dzieckiem zamieszkała z rodzicami, jednak po wielu telefonach męża, błaganiach i obietnicach poprawy, wróciła. Po powrocie tylko pierwsza noc była spokojna, następnego dnia wyzwiska i przemoc znów były na porządku dziennym. Wtedy też Ewa zorientowała się, że ponownie jest w ciąży, jednak tym razem małżonek nie był z tego faktu zadowolony. Wszczął awanturę i z wrzaskiem zarzucił żonie, że to dziecko nie jest jego, tylko jego brata. Od tego czasu agresja Sz. nasiliła się. Pił, znęcał się nad i wymieniał wszystkich znanych sobie mężczyzn jako potencjalnych sprawców jej ciąży. Bita kobieta pokazała siniaki i rany teściowej, ta jednak zlekceważyła je i uznała, że to tylko chwilowe zachowania i jej syn na pewno się uspokoi.

Gdy Ewa chciała pojechać z małą Leną do swojej babci Janiny G.*, by ta mogła zobaczyć prawnuczkę, rozwścieczony Mariusz zaczął okładać żonę dłońmi po głowie i kopać po nogach, twierdząc, że należy jej się to za to, że chciała sama opuścić mieszkanie i decydować za swoją rodzinę. Następnego dnia udawał, że nic się nie stało i kazał zjawić się na umówionej wizycie, by nie wzbudzić podejrzeń krewnych Ewy.

Zachowanie Mariusza nie zmieniło się, nawet gdy kobieta była już w zaawansowanej ciąży. Bił ją po całym ciele, uderzał jej głową o ścianę, a mimo próśb, by oszczędził brzuch i nienarodzone dziecko, które nie było niczemu winne. Prosiła, by uderzał ją tylko w plecy i osłaniała się, jak mogła, jednak ten odpowiadał, że nie będzie nim dyrygować i będzie bił gdzie tylko chce. Kobieta bała się zwierzać matce, która coraz częściej bywała w Parszczycach, mimo ciągłego sprzeciwu zięcia.

W styczniu 2008 r. na świat przyszła druga córka, Amelia*. Gdy Ewa wraz z noworodkiem wróciła ze szpitala, jej starszą córką zajmowała się teściowa, ponieważ Mariusz uznał, że skoro nie chciał drugiego dziecka, to jego żona musi radzić sobie sama. Niedługo po jej powrocie do domu mężczyzna uderzył ją w napęczniałe od mleka piersi, ponieważ był przeciwny temu, by karmiła nimi córkę. Kobieta z opuchniętym biustem musiała udać się do lekarza, któremu skłamała o prawdziwej przyczynie bólu. W późniejszym czasie mężczyzna zaczął coraz rzadziej bywać w domu i większość czasu spędzał na rodzinnych libacjach u w budynku obok. Gdy wracał do domu, wszczynał awantury i zabraniał żonie uczyć dziewczynki samodzielności, jedzenia łyżką czy korzystania z zabawek.

Gdy Amelia miała pół roku, Ewa podjęła ponowną próbę ucieczki. Razem z córkami wyjechała do matki, jednak po jakimś czasie znów uwierzyła w zapewnienia o zmianie i wróciła do męża. Sytuacja wcale się nie poprawiła.

Po pierwszych urodzinach młodszej z córek Mariusz oświadczył Ewie, że jest mu potrzebna tylko do pilnowania dzieci. Na czas swoich nieobecności w domu zaczął zamykać ją na klucz. Sam robił zakupy, nakazywał żonie przygotowywać posiłki, których nie pozwalał jej spożywać, za to miała siedzieć i patrzeć, jak on to robi. Ciągle z niej szydził, wyzywał i bił. Pewnego dnia przeciągnął ją za włosy po podłodze, aż uderzyła się w głowę i straciła przytomność. Ocknęła się zamknięta w podziemiach domu.

To jest twoje miejsce i to ci się należy

– oświadczył, gdy w końcu pojawił się w zatęchłej piwniczce. Mężczyzna wykręcił w pomieszczeniu żarówkę, a oprócz ciemności kobieta musiała znosić także brud i szczury. Piwnica nie była ogrzewana, a jesienią i zimą Ewa przykrywała się starymi kurtkami, by nie zamarznąć. Nie mogła wychodzić nawet do toalety, a swoje potrzeby załatwiała w kącie. Oprawca nie pozwalał jej także się myć ani zmieniać ubrań, nawet podczas okresu. Gdy krew menstruacyjna kleiła się do jej ciała, pozwolił jej jedynie założyć czyste majtki, musiała jednak pozostać w zesztywniałych od czerwonej cieczy spodniach. Czasami schodził do piwnicy i tam ją gwałcił.

Mariusz nie uznawał młodszej z córek, dlatego do snu zamykał ją w jednym z nieogrzewanych pokoi. Gdy płakała, zaklejał jej usta taśmą, związywał kończyny i unieruchomioną zostawiał, by tak leżała godzinami w mokrych od moczu i brudnych od kału ubraniach. Obu dziewczynek nie mył, nie przebierał ani nie wypuszczał z domu. Lena mogła jeść normalne posiłki, Amelia dostawała tylko suchy chleb lub okruchy z talerza starszej siostry. Z Leną spał w jedynym ogrzewanym pokoju. Dziewczynka miała ponad dwa latka, gdy zaczął ją obmacywać i dotykać penisem jej krocza. Masturbował się przy niej, nakazywał, by lizała i całowała jego członka, doprowadzając do wytrysku do metalowej miski, w której następnie przygotowywał “posiłki” dla Ewy. Do nasienia dorzucali chleb, zalewali wrzątkiem i raz dziennie, wieczorami zanosili do piwnicy. Gdy po latach kobieta dowiedziała się, co było składnikiem jej kolacji, zwymiotowała.

Kobieta usiłowała wydostać się z zamknięcia, wybijając szybę w oknie, przez które jednak nie mogła się przecisnąć. Gdy jej oprawca zobaczył potłuczone szkło, związał jej ręce, tłumacząc obecnej przy tym córce:

Trudno, zwiążemy ją, trzeba, bo tu będzie nam biła szyby.

Od tej pory kobieta była zmuszona do spożywania posiłków w pozycji klęczącej, ze skrępowanymi na plecach dłońmi. Wieczorami, gdy mąż z córką stawiali jej miskę na środku piwnicznego pomieszczenia, Ewa klękała i pochylała się nad naczyniem.

Mama je jak piesek

– mówiła dziewczynka.

Odtąd związana kobieta musiała załatwiać swoje potrzeby w spodnie, ponieważ nie była już w stanie ich samodzielnie zdjąć.

Mariusz wypuszczał Ewę na górę tylko wtedy, gdy miała przyjechać do nich Bożena K. albo opieka społeczna, gdy trzeba było przypilnować dziewczynek pod jego nieobecność, przygotować mu posiłek czy pojechać załatwić sprawy w urzędzie. Pozwalał jej się wtedy umyć w zimnej wodzie, przebrać i zająć się dziewczynkami – rozwiązać Amelię, obmyć z fekaliów, przebrać i nakarmić.

Podczas wizyt członków rodziny Ewa miała zachowywać się, jakby nic się nie stało i pod groźbą śmierci nie opowiadać nikomu o tym, co dzieje się, gdy goście opuszczają dom państwa Sz. Mariusz nie wychodził z pomieszczenia, w którym przebywała i pilnował, by nie jadła. Sam podczas takich odwiedzin zachowywał się jak przykładny mąż i ojciec.

Matkę Ewy bardzo martwiła bieda w domu córki, dlatego gdy odwiedzała ją raz lub dwa w miesiącu, zawsze przywoziła jedzenie i zabawki – jednak gdy tylko odjeżdżała, Mariusz palił w piecu prezenty dla dzieci, a jedzenie zabierała do siebie jego matka.

Teściowa przychodziła do piwnicy, zostawiała tarkę oraz suchy chleb i kazała mi trzeć. Śmiała się, że nie dostanę nic do jedzenia

– opowiadała później Ewa.

Początkowo kobieta usiłowała podjadać, gdy tylko znajdowała się na górze, jednak z czasem Mariusz nauczył starszą z córek, by donosiła na matkę, gdy tylko zauważy, że ta próbuje coś jeść. Przyłapana, była za każdym razem dotkliwie bita, dlatego z czasem zrezygnowała z prób zjedzenia czegoś poza swoją wieczorną porcją chleba z wodą i spermą. Mariusz Sz. kazał także Lenie bić matkę drewnianym kijem po głowie. Pokazywał dziewczynce, jak ma ją kopać i poniżać, tłumacząc, że trzeba tak robić. Ewa wiedziała, że córka nie miała pojęcia, że źle robi, toteż bez najmniejszej pretensji znosiła zadawany przez nią ból.

Po pewnym czasie od uwięzienia, gdy za oknem robiło się już ciemno, Mariusz schodził z Leną do piwnicy, zakładali Ewie na głowę stary, śmierdzący worek po ziemniakach i związaną kładli na podłodze. Wtedy zza kotary wychodzili po kolei mężczyźni i ją gwałcili. Na początku wierzgała i krzyczała, jednak po kilku pobiciach zrezygnowała z prób obrony. Świadkiem wszystkiego była trzyletnia już dziewczynka. Sz. zapraszał kolegów także podczas menstruacji Ewy, a za każdy stosunek inkasował po 20 zł, za co kupował alkohol, którym częstował także starszą z córek.

Bywały dni, że Mariusz pozwalał Ewie wyjść na chwilę na podwórze, gdzie jadła z psiej miski. Na dłużej mogła opuszczać piwnicę dopiero latem 2009 r., gdy mąż wysłał ją do pracy przy zbiorze borówek amerykańskich. Wszystkie zarobione pieniądze zabierał i pilnował, by zastraszona kobieta nie powiedziała nikomu o swojej sytuacji. W 2010 r. pracowała także w sklepie w pobliskiej miejscowości. Tam udawało jej się podjadać, robiąc zakupy "na zeszyt". Mąż dopatrywał, by żona wracała do domu na czas, dręczył ją telefonami i odbierał rowerem. Po powrocie z pracy zawsze musiała wracać do piwnicy.

Ewa wiele razy chciała popełnić samobójstwo, jednak myśl o dzieciach podtrzymywała ją przy życiu. W szczególności troska o młodszą z córek, której Sz. szczerze nienawidził.

Po jakimś czasie, Mariusz związał się z dawną znajomą swojej matki, a zarazem byłą partnerką jednego z jego braci. Powiedział córkom, że Aneta A.* to ich nowa mama, a jej syn jest ich bratem. Lena i Amelia nazywały nową partnerkę ojca "czarną mamą".

. . .

Na początku grudnia 2010 r. Ewie udało się porozmawiać na osobności z pracownicą opieki społecznej, której zwierzyła się, że mąż ją bije i nadużywa alkoholu. Urzędniczka, mimo że widziała, że kobieta jest wychudzona i znerwicowana, poradziła jej jedynie zgłosić sprawę na policję i założyć mężowi "niebieską kartę".

28 grudnia Ewa musiała zjawić się w Urzędzie Pracy, dokąd zwykle woził ją bratanek Mariusza Sz. Tego dnia jednak nie mógł, dlatego mąż pozwolił jej zadzwonić do matki i poprosić o podwiezienie. Mężczyzna wiedział, że to jedyne wyjście, by nie stracić zasiłku.

Ewa nie mogła już ustać na nogach, wiedziała, że jeżeli nie ucieknie, to umrze. Zadzwoniła do matki i poprosiła, zanosząc się płaczem:

Przyjedź po mnie już dziś, jeżeli mnie kochasz.

Gdy Bożena K. wraz synem dojechali na miejsce, Ewa była bardzo słaba, brudna, w spodniach miała kał. Oznajmiła Mariuszowi, że wyjeżdża do rodziców na kilka dni i zabiera dziewczynki, by mogły zobaczyć dziadka. Mąż jednak kategorycznie się nie zgodził i wszczął awanturę. Kobieta zabrała dzieci w samych kapciach i uciekła do samochodu. Sz. zaczął dobijać się do drzwi, rzucał się na maskę i groził wszystkim śmiercią. Gdy rodzinie udało się odjechać, ten ruszył ich śladem. Na miejscu walił pięścią w drzwi mieszkania, dopóki nie została wezwana policja.

Gdy awantura ucichła, Ewa wyznała rodzinie, że mąż się nad nią znęcał, jednak nie chciała opowiadać szczegółów. Brat bezzwłocznie zawiózł ją do szpitala na obdukcję, następnie na policję. Jednak ze strachu kobieta nie wyznała całej prawdy, pomijając m.in. wątek o zbiorowych gwałtach.

Mariusz Sz. nie przyznał się do winy. Jego matka zeznała, że małżeństwo syna było normalne, nie zauważyła nic niepokojącego. Stwierdziła, że nigdy nie była świadkiem, by groził synowej lub ją bił. Widywała się z nimi prawie codziennie i jej zdaniem syn rzadko się upijał.

Mieszkający z nią dorosły już wnuk potwierdził te zeznania.

Kłamie!

– komentowała później Ewa.

Dzień przed ucieczką dzwoniłam do niego, żeby uspokoił swojego wujka. Nie zasmakował mu obiad. Roztrzaskał talerz o podłogę, wyprosił dzieci do drugiego pokoju, szarpnął mnie za włosy i walił głową o ścianę. Po kilku minutach wyszedł i pojechał do sklepu po wódkę. Wtedy wzięłam telefon, który zostawił na łóżku i zadzwoniłam do bratanka, który mieszkał naprzeciwko.

Reszta rodziny Sz. także uznała, że nie widzieli w ich małżeństwie niczego podejrzanego.

Kilka dni po ucieczce dziewczynki w zabawie zaczęły przejawiać dziwne zachowania – Lena ściągała Amelii rajstopy, mówiąc, że chce zrobić jej to samo, co tata. Starsza z sióstr opowiadała także, że "lizała tacie między nogami", a ten wkładał jej "coś różowego". Pokazywała, gdzie mężczyzna ją dotykał, mówiła, że było to bolesne i że porównywał wielkość ich biustów. Były zlęknione, moczyły się w nocy, a na widok taśmy klejącej wpadały w histerię. Wciąż nękana telefonami i groźbami Ewa postanowiła nie zgłaszać nigdzie swoich podejrzeń. Dzięki wsparciu bliskich i pomocy społecznej wniosła pozew o alimenty oraz rozwód, który zakończył się pozbawieniem Mariusza Sz. władzy rodzicielskiej.

Przez długi czas po uwolnieniu Ewa bała się wyjść z domu, a nawet zasypiać. Do snu kładła się wyłącznie na podłodze. Na śniadanie wystarczało jej ćwierć kromki chleba, a większe ilości pokarmu wymiotowała. Była chorobliwie chuda, znerwicowana, miała obgryzione paznokcie i tiki nerwowe. Jednak już w styczniu 2011 r. udało jej się znaleźć pracę, zaczęła uczęszczać także do psychologa. Lekarz stwierdził u niej nerwicę depresyjną oraz cechy osobowości bierno-zależnej. Przejawiała również symptomy charakterystyczne dla zespołu stresu pourazowego. Obie dziewczynki również zostały przebadane psychiatrycznie, a wiele z ich zachowań mogło świadczyć o molestowaniu – czteroletnia Lena odgrywała w zabawie w stosunku do siostry zachowania przemocowe i seksualne, a Amelia dotykała lalki w okolicach krocza.

Śledztwo nadzorowała Prokuratura Rejonowa w Pucku. 30 maja 2011 r. asesor (osoba dopiero uczącą się zawodu prokuratora) Małgorzata Koprowska umorzyła postępowanie, a jej decyzję zaakceptowali zwierzchnicy. W uzasadnieniu stwierdziła, że występują dwie sprzeczne wersje, a do zeznań Leny, ze względu na jej wiek, podchodzi z dużą ostrożnością. Ewa odwołała się od wyroku. Śledztwo kontynuował Bartłomiej Konkel, zastępca prokuratora rejonowego w Pucku, który 30 listopada ponownie umorzył śledztwo. Jego zdaniem słowa Ewy "nie znajdują odzwierciedlenia w zeznaniach teściowej, siostrzeńca męża, najbliższego sąsiada i pracownicy socjalnej”, a "zebrany materiał dowodowy nie potwierdza wersji zdarzeń, nie licząc zeznań matki oraz brata, którzy ich treść oparli na relacji zasłyszanej od pozywającej”.

W grudniu Ewa napisała drugie zażalenie:

W tej okropnej, ciemnej piwnicy zamykał mnie na kłódkę. W nocy otwierał, związywał ręce, nogi i wtedy gwałcił. Po wszystkim bił mnie po głowie. Przez ten czas moja mama mogła przyjeżdżać tylko na telefon. Przywoziła ciasta i słodycze, a ja z tego nie mogłam nic jeść, bo mąż mi zabraniał. Nawet spałam w tej piwnicy związana i czekałam, aż mnie rano rozwiąże. Wtedy wychodziłam, robiłam dzieciom śniadanie i obiad, którego nie mogłam zjeść. Z głodu byłam zmuszona jeść z wiaderka naszego psa Pinia. Były dni, że musiałam spać w lesie (...) Zawsze brakowało pieniędzy na jedzenie i środki czystości. Dzięki temu, że przez trzy miesiące zbierałam te borówki amerykańskie, mieliśmy za co kupić żywność. A on nawet nie pilnował dzieci ani nie sprzątał, tylko pił ze swoją matką oraz braćmi wódkę i duże piwa 1,5 l Staropolskie Mocne. Za moje pieniądze kupował te duże piwa i papierosy, a dzieci były brudne, głodne i obsrane. A jak wracałam z tych borówek, to musiałam prać ręcznie ubranie, posprzątać pokoje, odkurzyć i ugotować dzieciom coś do jedzenia. Pozwany chodził nietrzeźwy nawet cały tydzień. Przez ten czas źle się czułam, to znaczy słabo z głodu i upałów. A za to, że pracowałam, codziennie byłam bita po głowie i kopana po nogach.

Pismo to także zostało odrzucone, a Prokuratura Rejonowa w Pucku 23 marca 2013 r. definitywnie zakończyła śledztwo słowami: Brak jakichkolwiek obiektywnych dowodów wskazujących na uzasadnione podejrzenie popełnienia występku, o którym pokrzywdzona zeznaje. (...) Fakt, że do zdarzenia miało dojść w trakcie kłótni małżeńskiej w prywatnym domu – nie zaś w miejscu publicznym – a także rodzaj i rozmiar ujemnych następstw tego zdarzenia, należy stwierdzić, że brak jest przesłanek, które wskazywałyby na to, że interes społeczny przemawia za kontynuowaniem ścigania z urzędu. Zebrane dowody nie wskazują, żeby Ewa Sz. była osobą nieporadną ze względu na wiek, chorobę czy kalectwo i nie mogła skierować do sądu prywatnego aktu oskarżenia.

. . .

Latem 2011 r. Ewa związała się z Kazimierzem Ch.*, który zaopiekował się nią i córkami, które po jakimś czasie zaczęły nazywać go tatą. Sz. wciąż nachodził rodzinę i żądał spotkania z dziećmi. W 2012 r. Ewa i Kazimierz wynajęli razem mieszkanie, a kobieta zaszła w ciążę. Mimo to Mariusz wciąż nachodził parę średnio co dwa dni. Wydzwaniał do nich także, gdy już wzięli ślub.

Gdy Lena poszła do szkoły, zaczęły się jej problemy w relacjach z rówieśnikami. Miała też symptomy nerwicowe, tiki nerwowe, bywała agresywna, a jej sprawność intelektualna była niższa niż u rówieśników. Mogło to świadczyć o zaniedbaniach we wczesnym dzieciństwie, choć widać było, że dziewczynka ma bardzo dobry kontakt z matką, jest też czysta i zadbana. Lena została przebadana w poradni psychologiczno-pedagogicznej, gdzie wkrótce trafiła także Amelia, która także zaczęła przejawiać trudności dydaktyczne i emocjonalne.

Ze względu na trudności w utrzymaniu mieszkania, w październiku 2015 r. Ewa wraz z drugim mężem oraz trójką córek zamieszkali u Janiny G. Dziewczynki bardzo ufały swojej prababci, dlatego podczas jednej z rozmów zwierzyły jej się ze wspomnień z domu w Parszczycach. Ośmioletnia Lena mówiła o tym, jak ojciec dawał jej do picia alkohol podczas zakrapianych imprez z mężczyznami, którzy śmiali się z tego, co wcześniej robili jej mamie w piwnicy. Przyznała też, że na imprezach tych była obecna jej druga babcia, matka Mariusza Sz. Opowiadała, że ojciec kazał jej lizać jego genitalia, a siedmioletnia Amelia mówiła, że panowie robili mamie krzywdę i "miała majtki na dole". Zszokowana 80-latka kazała dziewczynkom usiąść przy stole i wszystko z siebie wyrzucić.

Fragmenty ich wspomnień (całość udostępniłam na swoim Patronite):

Lena: Tata kleił buzię i wiązał ręce i nogi. A ja razem z tatą Mariuszem robiłam krzywdę siostrze, bo krzyczała za mamą, dlatego moja siostra była obsikana i obsrana. Zaprowadzałam z tatą Mariuszem mamę do piwnicy. Uderzałam mamę w głowę. My z tatą Mariuszem chcieliśmy zabić mamę, aby była nowa czarna mama z braciszkiem. (...) Ja stałam w pokoju to tata Mariusz ściągał mi majtki i rajstopy, i wtedy dotykał mnie w miejscu gdzie robię siku, tym czym tata robi siku - fiut, fujara. (...) Z tym tatą się całowałam w łóżku. (...) W pokoju gdy jest ciemno całuję moją siostrę Amelię. Teraz już tak nie robię. Tylko rozmawiamy o szkole. Gdy mój tata Kazimierz mi zabronił rozwalać drzwi od szafki to powiedziałam, że go wyrżnę nożem, a kiedyś indziej, że go zabiję. (...) Kopałam mamę, gdy była w ciąży. Było nas wtedy dwie, to dlatego kopałam mamę po brzuchu, po to żeby kolejna siostra się nie urodziła.

Amelia: Ten tata Mariusz robił mi dużo krzywdy, on mnie kleił buzię, wiązał ręce do tyłu i nogi. Jedzenie, okruchy od siostry Leny dawał ten zły tata. (...) Lena tacie Mariuszowi, to co ma między nogami, w spodniach, to się nazywa wiut. Siostra Lena mi to mówiła. Robiła to, żeby tacie zrobiło się dobrze. Lena, kiedy byłam związana to się ze mnie śmiała z tego, że leżałam na podłodze, zesrana i zesikana. Mama była zamknięta w piwnicy. Lena mówiła i pokazała, że mama jadła jak pies. Ja byłam mała. Jak była robiona krzywda, bałam się wtedy mówić. Ale teraz już się nie boję.

Po rozmowie z prawnuczkami, Janina G. zapytała o wszystko Ewę. Ich matka rozpłakała się, była zszokowana tym, co jej były mąż robił córkom. Kobiety wspólnie uzgodniły, że dziewczynki nie mogą tego w sobie dłużej tłumić.

. . .

We wrześniu 2012 r. kochanka Mariusza Aneta A. przystała na jego propozycję i wraz ze swoim synem wprowadziła się do domu w Parszczycach. Podczas gdy A. wyjeżdżała rano do pracy, sześciolatek pozostawał pod opieką konkubenta matki. Mężczyzna krzyczał na chłopca z błahych powodów, wulgarnie wyzywał, bił otwartą ręką po głowie i pupie, co często tłumaczył później jako żarty. Zabrał chłopcu wszystkie oszczędności, nie pozwalał jeździć rowerem ani zapraszać kolegów.

On ci na głowę nasra, to musi być bity!

– uzasadniał Anecie A.

Ponadto zmuszał chłopca, by kładł się z nim w łóżku, a sam rozbierał się do naga i przytulał do niego.

Sz. znęcał się także nad swoją konkubiną – bił ją po głowie, gdy miała odmienne zdanie w jakiejkolwiek kwestii, zmuszał do seksu, gdy tego nie chciała, miał pretensje, że zbyt późno wraca z pracy, szarpał za włosy, gdy musiała rano wyjść i zabraniał zapraszać kogokolwiek do domu, nawet jej rodzinę.

Dopiero w 2016 r. kobieta wraz z synem wyprowadziła się.

. . .

21 lutego 2016 r. o godzinie 6:05 Mariusz Sz. został zatrzymany.

Mężczyzna nie przyznał się do zarzucanych mu czynów, uznał, że Ewa kłamie, bo chce się na nim zemścić. Przyznał, że uderzył ją tylko raz w twarz z otwartej dłoni, gdy powiedziała mu, że nie jest ojcem Leny i Amelii. Stwierdził też, że ich małżeństwo byłoby udane, gdyby nie teściowa, która "non stop buntowała żonę". Nie przyznał się także do znęcania się nad Anitą A. i jej synem, a na zarzut molestowania Leny odpowiedział, że "nie mógłby z dzieckiem dwuletnim".

Sz. został oskarżony również o znęcanie nad zwierzęciem ze szczególnym okrucieństwem. W grudniu 2015 r. wezwani na miejsce inspektorzy z Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami zastali na jego podwórku przywiązanego sznurem do budy kundelka, który leżał na ziemi w konwulsjach. Pinio nie miał nawet obroży, a na szyi liczne otarcia i otwarte rany. Pies nie dostawał jedzenia, ani wody, a sierść miał sfilcowaną i oblepioną błotem. Zwierzę w stanie agonalnym zostało zawiezione do weterynarza i mimo prób ratowania, następnego dnia zmarło śmiercią głodową.

Oskarżony początkowo przyznał się do zagłodzenia psa, jednak po jakimś czasie odwołał swoje tłumaczenia.

Mężczyzna został poddany badaniu sądowo-psychologicznemu, a jego poczytalność nie budziła żadnych wątpliwości. Biegli stwierdzili także, że jego intelekt mieści się w normie, jednak osobowość jest nieprawidłowa – ma obniżoną uczuciowość wyższą i niskie poczucie własnej wartości, przez co reaguje agresywnie lub impulsywnie na jakikolwiek wyrażony w stosunku do niego sprzeciw czy krytykę. Swoje nieszczęścia, porażki i problemy przypisuje innym, nie biorąc za nie żadnej odpowiedzialności.

. . .

Proces rozpoczął się w grudniu 2016 r.

(zdjęcie) (zdjęcie)

Tym razem sąd nie dał wiary zeznaniom rodziny oskarżonego i uznał, że usiłują ukryć wiedzę jaką posiadają "na temat zachowania oskarżonego wobec żony, dzieci, a następnie wobec" Anity A. i jej syna. "Wynika to z faktu, że jest to środowisko patologiczne, pozbawione prawidłowych wzorów. Wielodzietna rodzina brata oskarżonego objęta była nadzorem kuratora. Matka Mariusza Sz. również znana jest w środowisku lokalnym, jako osoba uzależniona od alkoholu".

Wyrok zapadł 13 czerwca 2017 r. Sąd Okręgowy w Gdańsku uznał Mariusza Sz. za winnego wszystkich zarzucanych mu czynów oraz skazał:

• za znęcanie się ze szczególnym okrucieństwem (art. 207 § 1 i 2 kk) nad Ewą, Leną i Amelią oraz pozbawienie Ewy wolności na okres dwóch lat, które łączyło się ze szczególnym udręczeniem (art. 189 § 2 i 3 kk), na karę 14 lat pozbawienia wolności, 10 lat zakazu zbliżania się do pokrzywdzonych na odległość mniejszą niż 200 m., obowiązek zgłaszania się na posterunku policji raz w miesiącu, 6 lat pozbawienia praw publicznych oraz zadośćuczynienie w łącznej kwocie 60 tys. zł;

• za wielokrotne zgwałcenie Ewy ze szczególnym okrucieństwem (art. 197 § 4 kk), na karę 12 lat pozbawienia wolności, 15 lat zakazu kontaktowania się z pokrzywdzoną, 6 lat pozbawienia praw publicznych oraz zadośćuczynienie w kwocie 50 tys. zł;

• za wykorzystywanie seksualne córki (art. 199 § 2 kk, art. 200 § 1 i 4 kk, art. 201 kk), na karę 10 lat pozbawienia wolności, 15 lat zakazu kontaktowania się i zbliżania do pokrzywdzonej na odległość mniejszą niż 200 m., obowiązek zgłaszania się na posterunku policji raz w miesiącu oraz na zadośćuczynienie w kwocie 50 tys. zł;

• za znęcanie się (art. 207 § 1 kk)) nad Anitą A. oraz jej synem, na karę 3 lat i 6 mies. pozbawienia wolności, 6 lat zakazu kontaktowania się z pokrzywdzonymi oraz zadośćuczynienie w łącznej kwocie 10 tys. zł;

• za znęcanie się ze szczególnym okrucieństwem nad psem Piniem przez co doprowadził do śmierci zwierzęcia (art. 35 ust. 1 i 2 Ust. z 21.08.1997 o ochr. zwierząt Dz.U. Nr 111 poz. 724, art. 35 ust. 3a Ust. z 21.08.1997 o och.zwierz. Dz.U.2003.106.1002, art. 35 ust. 4 Ust. z 21.08.1997 o ochr. zwierząt Dz.U. Nr 111 poz. 724), na karę 2 lat i 6 mies. pozbawienia wolności, 6 lat zakazu posiadania zwierząt oraz 3 tys. zł nawiązki na rzecz Ogólnopolskiego Towarzystwa Ochrony Zwierząt "Animals".

Orzeczona kara łączna za ww. to 25 lat pozbawienia wolności z możliwością ubiegania się o zwolnienie warunkowe po odbyciu co najmniej trzech czwartych kary, a także 15 lat zakazu kontaktowania się z pokrzywdzonymi i zbliżania na odległość mniejszą niż 200 m, obowiązek zgłaszania się na posterunku policji raz w miesiącu oraz 10 lat pozbawienia praw publicznych.

(klik)

Sąd zdaje sobie sprawę, że to kara o charakterze eliminacyjnym

– powiedziała w uzasadnieniu wyroku sędzia Marta Urbańska.

W grudniu 2017 r. Sąd Apelacyjny w Gdańsku utrzymał wyrok w mocy.

W osobnym śledztwie Prokuratura Rejonowa w Gdyni ustalała personalia mężczyzn, którzy razem z Mariuszem Sz. gwałcili uwięzioną kobietę. W grudniu 2018 r. media poinformowały, że zatrzymani zostali dwaj bracia skazanego – Andrzej i Marian Sz. oraz ich kuzyn Tadeusz B. (zdjęcie). Prokuratura postawiła im zarzut wielokrotnego zgwałcenia Ewy między styczniem 2009 r., a grudniem 2010 r. Żaden z nich nie przyznał się do popełnienia zarzuconych im czynów. Wszystkim trzem mężczyznom grozi od 3 do 15 lat pozbawienia wolności. (klik)

Bracia Sz. trafili do policyjnego aresztu, a B. oczekuje na wyrok na wolności i nawet rozmawiał z dziennikarzami – klik.

parszczz.jpg

. . .

*te imiona wymyśliłam na potrzebę tekstu

• • •

Do napisania powyższego tekstu korzystałam z zanonimizowanego wyroku oraz jego uzasadnienia (111 stron skanów!), który dostałam od Sądu Okręgowego w Gdańsku oraz wyroku Sądu Apelacyjnego w Gdańsku, który powyższy wyrok utrzymał w mocy.

Informacje z prasy, które zawarłam w tym tekście, pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd.

• • •

Jeżeli ktoś chciałby wesprzeć mnie bym mogła pozwolić sobie na poświęcenie większej ilości czasu na pisanie dla Was to zapraszam na mój Patronite. Prowadzę tam także bloga z dodatkowymi informacjami o zbrodniach, których temat aktualnie poruszam.

Moje teksty wrzucam też na Wykop (tu i tu), gdzie w sekcji komentarzy znajdziecie super ciekawe dyskusje. ( ͡° ͜ʖ ͡°) Powyższy artykuł na wykopkowym Mikroblogu znajdziecie tutaj.

21

Komentarze

  • Renata

    Takiemu,to ja już nigdy nie dałabym drugiej szansy. 15 lat to stanowczo za mało dla takiego psychola! A za molestowanie dzieci to fiuta na"dzień dobry" powinno się obciąć i to z urzędu. Masakra, że takie rzeczy się dzieją w tych czasach....

  • Grzegorz

    Nie rozumiem dlaczego nie wyciągnieto konsekwencji w stosunku do opieki społecznej, sędziów itp ochuji którzy to podobno maja czuwać nad tym by takie rzeczy nie miały miejsca ewentualnie by sprawcy byli SUROWO ukarani... Kolejny raz okazuje sie ze w tym kraju system prawny, instytucji panstwowe nie działają...

  • Pawel

    Ale bym śmiecia zabił , chodź ze mną cwaniaku , rozszarpalbym cie , a sądy to dziadostwo